2012 Lutego 4
Realia Strona glowna
Sierpień NR 4 (25) 2011
Cien
Od redakcji

Niewątpliwie najgoręcej dyskutowanym tematem w ostatnich tygodniach jest stan naszego państwa. Dobrze, że ma to miejsce w okresie przedwyborczym, kiedy w sposób naturalny wzrasta zainteresowanie tematyką społeczną. Opublikowanie długo oczekiwanego raportu zespołu badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej sprawiło, że uwaga opinii publicznej skupiła się na sytuacji w armii, a zwłaszcza na 36 pułku specjalnym, odpowiedzialnym za przewóz najważniejszych osób w państwie. Osobiś

Przeglądy i recenzje Stanisław M. Jankowski Sierpień NR 4 (25) 2011

Taka wystawa mogła być 20 lat wcześniej

27 stycznia br. znalazłem się wśród licznego grona gości, zaproszonych na otwarcie wystawy pt. "Sprawiedliwi wśród narodów świata", zorganizowanej przez krakowski oddział IPN. Chciałbym przy tej okazji przypomnieć swoje starania nad przygotowaniem podobnej wystawy.

Był styczeń 1988 r. Pracowałem wtedy w Nowym Jorku nad książką o profesorze Georgetown University - Janie Karskim. Karski to jeden z kilku tysięcy Polaków, odznaczony medalem "Sprawiedliwego wśród narodów świata", przyznawanym za pomaganie ludności żydowskiej, zgodnie z dewizą "Kto ratuje jedno życie - ratuje cały świat".

- Dlaczego tak mało wiemy o "sprawiedliwych" - zapytał Profesor któregoś wieczoru w jego gościnnym domu w Bethesda pod Waszyngtonem i natychmiast rozmowa zeszła na projekt wystawy, poświęconej "Sprawiedliwym" oraz tym, których ratowali. Opowiedziałem o dokumentalno-historycznej wystawie "Oni ratowali innych", którą udało się mi w 1987 roku zaprezentować w podziemiach warszawskiego Empiku przy Alejach Jerozolimskich. Pokazałem zdjęcia plansz wystawowych z nigdy wcześniej nie publikowanymi fotografiami żołnierzy Armii Krajowej, organizatorów i uczestników akcji zbrojnych, w czasie których odbijano konspiratorów z niemieckich aresztów i więzień, w tym także emisariusza "Witolda" - Karskiego, odbitego przez grupę bojową ZWZ spod nadzoru policyjnego w nowosądeckim szpitalu.

Właśnie tam, w Bethesda pod Waszyngtonem, zaczął się rodzić pomysł połączenia - na sąsiadujących w jednym miejscu planszach wystawowych - fotografii Polaków, którzy zasłużyli na uznanie za "sprawiedliwych", jak i zdjęć uratowanych oraz pokazania ludzi, którym wprawdzie nie dano medalu, ale o których wiadomo, że za przechowywanie Żydów zapłacili życiem swoim i najbliższych. Uznaliśmy, że trzeba wykorzystać materiały z różnych zbiorów archiwalnych, m.in. w Żydowskiego Instytutu Historycznego, archiwów państwowych, Głównej czy Okręgowych Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Pochwaliłem się Profesorowi - dobrze to pamiętam - moją pracą magisterską o eksterminacji ludności polskiej i żydowskiej w Generalnym Gubernatorstwie i łatwym od lat dostępie do archiwów. Udawało się oficjalnie - nawet na noc do domu - wypożyczać teczki z dokumentami z tego czy innego archiwum. Zdjęcia do "magisterskiej" czy do artykułów przefotografowywano dla mnie - z braku nowoczesnego kserografu - w kilka godzin po złożeniu zamówienia, bez żadnych specjalnych zezwoleń i rekomendacji. I bez żądania - jak obecnie - kilkuset złotych za prawo do reprodukcji...

Wyjeżdżałem od profesora Karskiego z nadzieją szybkiego zakończenia prac nad projektem, który - jak próbowałem rozumować - powinien się spodobać Polakom, uhonorowanym medalem "Sprawiedliwego", jak i tym, którzy na medal "zapracowali" lub zdecydowani są przypomnieć o zasługach swoich nieżyjących najbliższych oraz uratowanym Żydom, którzy rekomendując pomagających im obywateli polskich, okazują wdzięczność, podkreślają s w o j ą pamięć, dają przykład, jak się zachować w stosunku do "sprawiedliwych". Pewnie w tym myśleniu było mnóstwo naiwnego chciejstwa, a mniej znajomości życia, polityki, ludzkich słabości i charakterów...

Rzeczywistość okazała się dużo trudniejsza niż mogłem się spodziewać. Pod koniec kwietnia 1988 r. prezentowałem po raz pierwszy projekt wystawy działaczom polonijnym w Chicago. Bardzo się im w pierwszej chwili spodobał, później zaczęły się piętrzyć przeszkody, bynajmniej nie finansowej natury.

- Jak przyjedzie wystawa, to zaczną o niej pisać - perswadowano - a po ukazaniu się artykułów odezwą się z pewnością głosy, że Polacy nie tylko ratowali, ale w czasie okupacji zdarzali się " szmalcownicy", szantażujący i ujawniający kryjówki Żydów...

- Zgadza się - potwierdziłem, znając fakty zastrzelenia jednego czy drugiego konfidenta przez zespoły likwidacyjne Armii Krajowej i wiedząc, że nie wszystkich delatorów dopadła konspiracyjna sprawiedliwość.

- Ale jak zrobi się głośno o wystawie, to trzeba będzie odpierać różne ataki. "Wiadome kręgi" - podkreślono te słowa - będą żądały pokazania fotografii konfidentów. Wśród Polonusów natomiast pojawią się żądania, aby pokazać Bermana, Minca, funkcjonariuszy żydowskiego pochodzenia z bezpieki, prokuratury czy komunistycznego aparatu sądownictwa. Będziemy musieli zajmować stanowisko, polemizować, wyjaśniać, narażać się na kłopoty. Może nawet na wzywanie do sądu, po jakimś mniej czy bardziej mądrym pozwie. Nie mamy ludzi, którzy za darmo wzięliby się do polemiki. Jednym słowem: podpadniemy sąsiadom i różnym grupom nacisku, zarówno w naszym Kongresie jak i w innych, polonijnych organizacjach...

- Po raz drugi rzeczywistość "zaskrzeczała" w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie, gdy wymieniono mi bardzo dużą kwotę za zreprodukowanie fotografii "Sprawiedliwych" i nie zgodzono się na podanie ich adresów, bo - jak argumentowano - "być może nie życzą sobie reklamy".

Skrzek rzeczywistości pamiętam również z uroczystości wręczania medali "Sprawiedliwego", gdy pewna kobieta - odbierająca za rodziców odznaczenie - opowiadała o zazdrości sąsiadów z powodu korespondowania przez nią z Izraelem. Namówiłem też ambasadora Izraela, aby osobiście przypiął medal nadany przez Yad Vashem mojej znajomej i przyjął jej zaproszenie na domowy obiad, a później mi powiedziano, że zięć odznaczonej - zawsze szanujący teściową - odmówił jednak uczestniczenia w tym uroczystym obiedzie.

Mam w archiwum list od Bartka z Nowego Jorku. Zmuszono go do wyjazdu w 1968 r. i do dzisiaj - jak mówi - "nie da się zapomnieć o tym wygnaniu". Gdy szukałem pracy, żeby dorobić do stypendium w czasie pisania książki o Karskim, zatrudnił mnie "na lewo", bez zielonej karty, a dokładniej - z pożyczoną mi kartą na zupełnie inne nazwisko. Ryzykował ogromnie, bo gdybym wpadł, to pojechałbym - jak to się mówi - "ciupasem" do kraju, a on straciłby pracę, mieszkanie, pozycję zawodową i zyskał miano człowieka nieuczciwego, który znajomych zatrudnia wbrew przepisom, obowiązującym w USA. Znał mnie zaledwie kilka dni, zaś jedynym argumentem za zatrudnieniem była wiadomość, że piszę książkę o Janie Karskim.

- Dzisiaj piszę do niego: "Bartku, mój dom jest twoim domem". Nie tylko tak mówię, ale i myślę, bo przecież bez jego pomocy (i ryzyka) kto wie, czy napisałbym książkę Emisariusz "Witold". A Bartek w liście, o którym wspomniałem, napisał, że "zasranym obowiązkiem was, historyków, jest przypominanie o holokauście". I nie przyjmuje do wiadomości, że były w historii zbrodnie na Ormianach, masakry w czasie walk Tutsi i Hutu w Afryce, ludobójstwo w Kambodży czy Serbii, że nacjonalizm ukraiński sprowadził śmierć do domów polskich rodzin na Kresach, a w Auschwitz zagazowano lub postawiono pod ścianą tysiące Polaków, Rosjan i obywateli różnych narodowości. Żąda, abym pisał tylko o holokauście...

Myślałem o tym podczas uroczystego otwarcia wystawy na krakowskim rynku. W katalogu przypominającym pomoc Polaków dla ludności żydowskiej w Małopolsce w latach 1939-1945 znalazłem zdjęcie z egzekucji w Bochni. Było na pierwszej stronie mojej pracy magisterskiej, z całą pewnością ujawniłbym je na wystawie dwadzieścia lat temu, bo mówi o mordowaniu Polaków, zanim jeszcze ruszyły krematoria w Auschwitz. Jest w katalogu zdjęcie księdza Jana Patrzyka. Miałem zamiar pokazać tę fotografię, wiedząc o odznaczeniu duszpasterza medalem "Sprawiedliwego" w 1981 roku. O Stanisławie Ryszardzie Dobrowolskim i Annie Dobrowolskiej-Michalskiej dowiedziałem się przed wielu, wielu laty, podczas zbierania materiałów do jakieś audycji radiowej, poświęconej Okręgowej Radzie Pomocy Żydom - "Żegota". Ich fotografie również byłyby na wystawie, do której nie doszło w 1988 roku...

Od tego czasu przygotowałem kilkanaście różnych wystaw historyczno-dokumentalnych: w Moskwie, Paryżu, Londynie, Nowym Jorku, Lwowie, Bostonie, Warszawie, Budapeszcie... Pokazywałem unikatowe i nigdy wcześniej nie ujawniane fotografie Jana Karskiego, Leopolda Okulickiego, przywódców Polski Podziemnej, oficerów zamordowanych w Katyniu, uczestników powstania w Czortkowie w 1940 roku (!).

Każda z tych ekspozycji ma swoją historię oraz swoje "schody". Wystawy jednak doszły do skutku, więc trudno nie mówić o satysfakcji. Planowana w 1987 roku w gabinecie Jana Karskiego wystawa o "Sprawiedliwych" została tylko w formie projektu, z którego realizacją nie poradziłem sobie przez tyle lat. A może zbyt łatwo ustąpiłem ówczesnej rzeczywistości i powinienem przyznać się do własnych słabości?


Stanisław M. Jankowski (1945), historyk, autor publikacji prasowych, książek, słuchowisk radiowych, scenariuszy filmowych oraz wystaw historyczno-dokumentalnych. Konsultant historyczny filmu "Katyń" Andrzeja Wajdy.

ul. Kopernika 36/40, 00-924 Warszawa, tel. 0-663 371 415, 0-693 101 300