2012 Lutego 4
Realia Strona glowna
Sierpień NR 4 (25) 2011
Cien
Od redakcji

Niewątpliwie najgoręcej dyskutowanym tematem w ostatnich tygodniach jest stan naszego państwa. Dobrze, że ma to miejsce w okresie przedwyborczym, kiedy w sposób naturalny wzrasta zainteresowanie tematyką społeczną. Opublikowanie długo oczekiwanego raportu zespołu badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej sprawiło, że uwaga opinii publicznej skupiła się na sytuacji w armii, a zwłaszcza na 36 pułku specjalnym, odpowiedzialnym za przewóz najważniejszych osób w państwie. Osobiś

Przeglądy i recenzje Mateusz Szpytma Sierpień NR 4 (25) 2011

Sprawiedliwi i ich świat

W ostatnich dniach ubiegłego roku staraniem Instytutu Pamięci Narodowej ukazał się wyjątkowy w swoim rodzaju album zatytułowany "Sprawiedliwi i ich świat". Jego autorem jest Mateusz Szpytma, historyk Instytutu. Publikacja przedstawia tragiczną historię wielodzietnej rodziny Ulmów i ukrywanych przez nią Żydów z rodzin Szallów i Goldmanów. Wzbogaca ją wybór zdjęć Józefa Ulmy, które dzięki środkom Instytutu Studiów Strategicznych udało się zebrać wśród mieszkańców Markowej i okolicznych wsi. Album Sprawiedliwi i ich świat, jak pisze we wstępie prezes IPN Janusz Kurtyka - otwiera nową serię wydawniczą IPN poświęconą historii osób i instytucji pomagających Żydom podczas II wojny światowej. Przedmiotem zainteresowania autora jest jednak nie tyle bohaterska rodzina Ulmów, ile wieś Markowa jako społeczność, której Ulmowie byli nieodrodną częścią. Przedstawiona została jej historia, zwłaszcza podczas II wojny światowej. Badania pozwoliły także na odkrycie innych nieznanych dotychczas przypadków ukrywania Żydów przez mieszkańców Markowej.

Historia rodziny Ulmów przez wiele lat nie była szerzej znana, mimo że zachowała się obfita dokumentacja z czasów wojny dotycząca zbrodni. Istnieje także wiele pamiątek i dokumentów związanych z życiem Ulmów, m.in. wyposażenie ich domu, korespondencja, świadectwa szkolne, dokumenty tożsamości, spora biblioteka. Dodatkowo duży zbiór fotografii (około 800) wykonanych przez Józefa Ulmę, dokumentujący życie jego żony, dzieci, rodziców, ukrywających się u nich Żydów oraz codzienność mieszkańców wsi przed wojną i podczas niej, pozwolił autorowi na pokazanie środowiska, w którym żyli Sprawiedliwi. Zachowane na zdjęciach nieistniejące już dzisiaj elementy architektury i krajobrazu pokazują także miejsca w Markowej, w których przed wojną mieszkali Żydzi. Większość markowskich Żydów niestety nie przetrwała okupacji, zginęła podczas egzekucji oraz w obozach masowej zagłady. Przyjeżdżają jednak nieliczni żyjący jeszcze w Izraelu, USA, Kanadzie uratowani w Markowej Żydzi - sąsiedzi, ich dzieci i wnuki oraz młodzież izraelska uczestnicząca w Marszu Żywych, odwiedzająca sąsiedni Łańcut i Leżajsk. Uznanie Ulmów przez Yad Vashem za Sprawiedliwych, zaś przez Kościół katolicki za Sługi Boże - kandydatów na ołtarze przyciąga do miejscowości, w której żyli, coraz większe rzesze ludzi.

Okazją ku temu są m.in. rocznice wyzwolenia obozu w Oświęcimiu-Brzezince. W tym roku krakowski oddział IPN-u przygotował z tej okazji specjalną wystawę pt. "Sprawiedliwi wśród narodów świata", prezentującą wojenne losy Żydów i pomagających im Polaków z terenów dzisiejszych województw małopolskiego i podkarpackiego. Została ona otwarta 27 stycznia na rynku w Krakowie. Będą ją mogli obejrzeć nie tylko mieszkańcy regionu lecz też turyści, dla których rynek krakowski jest architektoniczną perłą Europy.

Na wystawie przypomniano treść obwieszczenia wydanego w 1942 r. przez Kreichauptmana przemyskiego Paula zapowiadającego karę śmierci dla każdego Polaka lub Ukraińca (których wielu zamieszkiwało w tym regionie), za udzielenie Żydowi przebywającemu poza dzielnicą żydowską jakiejkolwiek pomocy: dania schronienia, nakarmienia lub ukrycia. Kroniki małopolskie odnotowały 350 przypadków rozstrzelania Polaków, którzy nie zastosowali się do nakazu władz niemieckich i próbowali nieść pomoc Żydom.

To było prawdziwe wyzwanie w czasach okupacji udzielić pomocy rodzinie żydowskiej - mówił podczas uroczystości w Krakowie prezes IPN Janusz Kurtyka. Oczywiście nie możemy zapomnieć o tym, że znaleźli się również tacy, którzy na tragedii Żydów chcieli zarobić. Problem tzw. szmalcownictwa był napiętnowany przez państwo podziemne i to nie on decydował o postawie moralnej Polaków w czasie okupacji. Biskup Albin Małysiak obecny na otwarciu wystawy, podczas wojny ukrywał 5 Żydów. Wiedziała o tym cała społeczność parafialna, a mimo to nikt nie doniósł - wspominał.

Zdjęcia na rynku krakowskim przypominają twarze Sprawiedliwych - sąsiadów Żydów: mieszkańców wsi i miast, sióstr zakonnych i księży, którzy, jak podkreśliła w swoim wystąpieniu Ewa Junczyk-Ziomecka, minister w Kancelarii Prezydenta RP, wykazali niesamowity instynkt solidarności międzyludzkiej. Obecny na uroczystości autor nowowydanego albumu, Mateusz Szpytma, pochodzący z przedstawionej w nim wsi Markowa podkreślił, że nawet po rozstrzelaniu rodziny Ulmów mieszkańcy tej wsi nie zaprzestali pomagania Żydom. Jednym z uratowanych przez polską rodzinę Skrobaczów był obecny na uroczystości otwarcia wystawy Abraham Segal. "Dzięki nim żyję. Będę o tym mówić wszędzie" - powiedział zabierając głos. Jego staraniem Ministerstwo Edukacji w Izraelu uznało wieś Markowa za punkt w programie wycieczek młodzieży izraelskiej do Polski. O samej wystawie dyrektor krakowskiego oddziału IPN, Marek Lasota mówił, że jest ważnym głosem w dyskusji o stosunkach polsko-żydowskich, jaka toczy się w ostatnich tygodniach w Polsce w związku z kontrowersyjną książką Jana Tomasza Grossa. Z uwagi na ten właśnie kontekst czasu, w jakim ukazał się album poświęcony tragedii rodziny Ulmów, postanowiliśmy za zgodą autora przytoczyć obszerne fragmenty wprowadzenia przedstawiającego udokumentowane fakty historyczne związane historią Żydów w Polsce.

Wprowadzenie

Wybuch II wojny światowej był początkiem tragedii milionów mieszkańców Europy. W sposób szczególny dotknęła ona narody żydowski i polski. Pierwszy z nich według założeń władz niemieckich miał zostać totalnie wyniszczony. Podobny los przeznaczono w późniejszym czasie dla większości Polaków, a ci, których nie zamierzano zgładzić, mieli być niewolnikami zwycięzców. W okresie II wojny światowej zginęło około 6 milionów obywateli polskich. Połowę z nich stanowiła niemal cała przedwojenna trzymilionowa społeczność żydowska.

Pierwsze antyżydowskie prawa Niemcy wprowadzili na okupowanych ziemiach polskich już w pierwszych miesiącach swych rządów. 1 grudnia 1939 roku w Generalnym Gubernatorstwie wydano nakaz, aby wszyscy Żydzi powyżej dwunastego roku życia nosili opaski z niebieską gwiazdą Dawida. Następnie nałożono na nich obowiązek pracy, wydano zakazy korzystania ze środków transportu i opuszczania miejsc zamieszkania bez zezwolenia. Konfiskowano majątki, przedsiębiorstwa, sklepy i warsztaty. Wkrótce wyzysk połączono z pozbawieniem wolności - znaczną część ludności żydowskiej skierowano do obozów pracy. W 1941 roku było już około dwustu takich obozów. Pozostałą część ludności żydowskiej umieszczono w gettach; na okupowanych ziemiach polskich założono ich ponad czterysta. W 1941 roku przywódcy III Rzeszy podjęli decyzję o "ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej", co w konsekwencji oznaczało wolę wymordowania wszystkich europejskich Żydów, w tym tych, którzy w ogromnych skupiskach mieszkali na terenie okupowanej przez Niemców Polski. W wyniku tej decyzji zginęło około 5,5 miliona europejskich Żydów - w obozach masowej zagłady, na skutek rozstrzeliwań, przymusowej wyniszczającej pracy, głodu i chorób wywołanych warunkami stworzonymi przez okupanta.

W odpowiedzi na działalność agresora rząd Rzeczypospolitej Polskiej na uchodźstwie (w Paryżu, a następnie Londynie) i konspiracyjne władze podziemne w kraju podjęły wysiłki na rzecz ratowania Żydów. Mimo zagrożenia represjami i karą śmierci także część Polaków, niezależnie od decyzji władz, pomagała Żydom. Wśród niosących pomoc znaleźli się i tacy, którzy przed wojną okazywali niechęć wobec ludności żydowskiej.

Działalność pomocową Polaków można podzielić na trzy rodzaje. Pierwszy z nich to działania podejmowane przed powołaniem w grudniu 1942 roku Rady Pomocy Żydom. Drugi rodzaj to zorganizowana akcja Rady, a trzeci - indywidualne działania pojedynczych osób i ich rodzin.

Zorganizowaną pomoc dla ludności żydowskiej prowadziło wiele środowisk już od początku okupacji. Były to zwykle inicjatywy oddolne, pojawiające się głównie tam, gdzie przed wojną Polacy i Żydzi współpracowali ze sobą. Gdy Niemcy zaczęli przymusowo przesiedlać Żydów do gett, pomoc dla tych, którzy pozostawali po aryjskiej stronie, można było uzyskać m.in. od niektórych konspiracyjnych ugrupowań politycznych, takich jak Polska Partia Socjalistyczna czy Stronnictwo Ludowe, a także zakonów katolickich. Pomagano głównie w nawiązywaniu potrzebnych kontaktów, wskazywano, kto może wyrobić fałszywe dokumenty. Na przykład pracownicy Wydziału Opieki Społecznej Zarządu Miejskiego w Warszawie pośredniczyli m.in. w umieszczaniu dzieci żydowskich w polskich sierocińcach.

W lutym 1942 roku w ramach konspiracyjnego wojska polskiego - działającego na okupowanych ziemiach pod nazwą Związek Walki Zbrojnej, a następnie Armia Krajowa - utworzono referat żydowski. Zajmował się on m.in. analizą sytuacji Żydów i przekazywaniem informacji polskiemu rządowi, a za jego pośrednictwem międzynarodowej opinii publicznej. Pracownicy tej komórki wraz z Polską Organizacją Demokratyczną i środowiskami narodowo-katolickimi, skupionymi wokół znanej pisarki Zofii Kossak-Szczuckiej (związanej z Frontem Odrodzenia Polski), dostrzegli konieczność instytucjonalizacji pomocy, gdyż rozproszone inicjatywy miały bardzo ograniczone możliwości. Sprawa stawała się tym pilniejsza, że niemiecki plan całkowitej likwidacji Żydów był realizowany systematycznie i z coraz większą brutalnością. Zaproponowano wówczas powołanie komitetu koordynującego akcję ratowania Żydów, w co włączyła się konspiracyjna Delegatura Rządu RP na Kraj, reprezentująca na terenach okupowanych rząd na uchodźstwie. 27 września 1942 roku zawiązano Społeczny Komitet Pomocy Ludności Żydowskiej (dla celów konspiracyjnych nazwany Komitetem im. Konrada Żegoty). W ciągu dwóch miesięcy działalności zdołał on udzielić wsparcia około 180 osobom. Na gruncie tych doświadczeń 4 grudnia 1942 roku utworzono Radę Pomocy Żydom.

W odróżnieniu od Komitetu im. Konrada Żegoty była ona nie tylko punktem kontaktowym, ale rozdzielając środki kilku niezależnych organizacji społeczno-politycznych, stała się konspiracyjną, rządową instytucją z własną strukturą wewnętrzną, łącznie z komórkami terenowymi. Dawała gwarancje możliwie trwałego wsparcia środkami pozyskiwanymi od rządu RP w Londynie oraz pochodzącymi ze zbiórek w społeczeństwie polskim, a także wśród Żydów, szczególnie w Stanach Zjednoczonych. Rada stanowiła w zasadzie "komitet porozumiewawczy" stronnictw. Dla usprawnienia jej działalności już w grudniu 1942 roku utworzono Biuro Wykonawcze, a w późniejszych miesiącach powołano jednostki zajmujące się poszczególnymi formami pomocy, m.in. referaty: mieszkaniowy, terenowy, dziecięcy i lekarski.

Poza wsparciem finansowym współpracownicy Rady ułatwiali Żydom przekraczanie granicy i ucieczkę z okupowanej Polski. Ukrywającym się przekazywano nielegalne dokumenty (około 40 tys. do 1 sierpnia 1944 roku). Działania te były prowadzone na miarę możliwości podziemnych struktur i w stałym zagrożeniu życia osób w nie zaangażowanych. Wiele dokumentów wskazuje, że mimo usilnych starań Rada nie była w stanie udzielić pomocy wszystkim, którzy się po nią zgłosili: "Łącznie z prowincją obejmuje rada swoją akcją około 3500 osób, zaś Komitet Koordynacyjny, wedle oświadczenia jego przedstawiciela, niemal drugie tyle, a mimo to, jak już wspomniano, z górą 1000 osób czeka jeszcze na pomoc". Rada zdołała jednak pomóc tysiącom Żydów. I tak np. Irena Sendlerowa, szefowa referatu dziecięcego, wraz ze współpracownikami uratowała od śmierci około 2500 dzieci żydowskich.

Większego wsparcia niż instytucje Polskiego Państwa Podziemnego udzieliły Żydom pojedyncze rodziny i osoby. Szacuje się, że dzięki indywidualnej pomocy uratowano pomiędzy 40 tys. a 100 tys. polskich Żydów. Postawa ta tym bardziej zasługuje na uznanie, że za każdą taką pomoc groziła na terenie okupowanej Polski kara śmierci, egzekwowana nie tylko wobec tych, którzy bezpośrednio wspierali Żydów, ale także wobec członków ich rodziny, a niejednokrotnie również sąsiadów. Pierwsze rozporządzenie w tej sprawie zostało wydane przez generalnego gubernatora Hansa Franka 15 października 1941 roku. Stwierdzano w nim: "Żydzi, którzy bez upoważnienia opuszczają wyznaczoną im dzielnicę, podlegają karze śmierci. Tej samej karze podlegają osoby, które takim Żydom świadomie dają kryjówkę. Podżegacze i pomocnicy podlegają tej samej karze jak sprawca, czyn usiłowany karany będzie, jak czyn dokonany. W lżejszych wypadkach można orzec ciężkie więzienie lub więzienie". W wydanym rok później kolejnym rozporządzeniu restrykcje zostały rozszerzone: "Wobec tego, kto uzyska wiadomość o tym, że jakiś Żyd bezprawnie przebywa poza obrębem dzielnicy mieszkaniowej, a nie zgłosi tego policji, zastosowane będą policyjne środki bezpieczeństwa". ...

Według historyka Szymona Datnera, ocalałego z Holocaustu, rozporządzenie zostało wydane, gdy Niemcy przygotowywali się do systematycznego mordowania Żydów. Datner z naciskiem stwierdza: "ten gwałtownie szybki przebieg akcji likwidacyjnej polskich Żydów tłumaczy w znacznej mierze niewielką liczbę uratowanych Żydów. Świadomość tego, że "wysiedlenie" nie oznacza "wyjazdu na wschód do pracy" - jak to oficjalnie utrzymywali Niemcy, aby uśpić czujność ofiar - bardzo powoli przesączała się do umysłów więźniów gett, wraz z przenikaniem niemożliwych do sprawdzenia i z niewiarą przyjmowanych pogłosek o tym, że Żydzi wywożeni są do miejsc masowej zagłady. Utrudniało to i niemal hamowało akcję ratowania się podejmowaną przez samych Żydów, jak też akcję ratowania ich z zewnątrz". Datner oddaje trudną i skomplikowaną sytuację ludzi szukających pomocy oraz tych, których o tę pomoc proszono: "Gdy w nocy do okna chłopskiej chaty zapukał nieznajomy Żyd, wraz z nim zapukał problem żydowski owych lat, z całym splotem implikacji, ryzyka, niebezpieczeństwa, wraz z koniecznością powzięcia decyzji i związaną z tym rozterką duchową. Zaszczuty prosi o pomoc, o łyżkę strawy, o kilka chwil, aby ogrzać się w ciepłym kącie. Gdy trafia na cieplejszy błysk oczu, życzliwe słowo, prosi, by pozwolono mu kilka dni pobyć - popracuje i odejdzie. Chłop staje przed pytaniem, jak zareagować? Zdaje sobie sprawę, że do jego okna zapukał problem moralny, problem człowieka, któremu odmówiono człowieczeństwa, zapukało wielkie zagadnienie humanitarne. Problem odwieczny będący udziałem tysięcy pokoleń: problem chwilowej przewagi zła, problem ściganego i prześladowanego. W takiej chwili przed człowiekiem staje konieczność sprawdzenia siebie, skonfrontowania swej postawy z nakazem moralnym. Ryzyko związane z opowiedzeniem się po stronie dobra - po stronie ściganego - było zawsze wielkie. Jednak w latach 1939-1945 rozmiary tego ryzyka były nieporównywalnie wielkie. Wydaje się, że ogólnie rzecz biorąc, istniały cztery możliwości rozwiązania takiego dylematu: pierwsza - to zgodnie z narzuconym przez najeźdźcę okupacyjnym "prawem" wydać Żyda w ręce oprawców, co równało się skazaniu go na śmierć; druga - nie wydać, lecz nie udzielić pomocy; trzecia - udzielić mu doraźnej pomocy; czwarta - zaopiekować się i udzielić schronienia na czas dłuższy". Brak do tej pory wyników badań, które potwierdziłyby jednoznacznie, ilu osobom Polacy udzielili doraźnej lub długotrwałej pomocy. Nie przeprowadzono również szczegółowych badań pozwalających określić, ilu Polaków dostosowało się do nieludzkich "praw" okupanta i ponosi odpowiedzialność za śmierć tych, których wydali. Byli też i tacy, którzy szantażem wymuszali pieniądze od osób, które udzieliły schronienia Żydom. Na to, że zdarzenia takie miały miejsce, wskazują m.in. zawarte w zarządzeniach polskich władz podziemnych ostrzeżenia, że takie postawy będą tępione. Potwierdzają to także przypadki podziemnych wyroków śmierci za tzw. szmalcownictwo.

Znane dotychczas przykłady pokazują, że niegodne postępowanie Polaków wobec Żydów nie było powszechne. Odnotowano natomiast liczne przypadki udzielonego wsparcia. Szymon Datner podaje: "Dzięki ofiarnej pomocy społeczeństwa polskiego, jego najlepszych synów i cór, w najcięższych warunkach i okolicznościach zdołano uratować około 100 000 Żydów. [...] A iluż Polaków i Polek - ludzi młodych, starych i dzieci zginęło. [...] Niekiedy rozstrzelanych Polaków i Żydów oprawcy kazali zakopywać w jednej mogile. Ta tragiczna wspólnota losów Polaków i Żydów ma swą wielką wymowę emocjonalną, moralną, historyczną, polityczną". Z szacunkowych badań wstępnych wynika, że z rąk okupanta niemieckiego za pomoc udzieloną Żydom mogło zginąć lub znaleźć się w obozach koncentracyjnych około 2500 osób, nie znamy jednak dotąd nazwisk nawet połowy z nich. Według badań Datnera 80 proc. osób zamordowanych za pomoc Żydom to mieszkańcy wsi. Najwięcej było ich w województwach krakowskim i rzeszowskim. W województwie rzeszowskim leży Markowa, w której żyła zamordowana za ukrywanie Żydów polska ośmioosobowa rodzina Ulmów.

Markowa została założona w drugiej połowie XIV wieku, za panowania Kazimierza Wielkiego, kiedy to sprowadzono niemieckich osadników. Polonizacja języka nastąpiła w XVI i XVII wieku, a polska świadomość narodowa rozwinęła się w pełni w wieku XIX. Osada była duża i zamożna. Oddanie mieszkańcom ziemi na własność i wprowadzenie w drugiej połowie XIX wieku samorządu rozwinęły wśród nich zdolności do samodzielnego dbania o sprawy gromady. W końcu XIX i początkach XX stulecia Markowa stała się jednym z pionierów spółdzielczości na polskiej wsi.

Od początku XX wieku największe wpływy polityczne w Markowej miały partie chłopskie: Polskie Stronnictwo Ludowe "Piast", a później Stronnictwo Ludowe. W latach trzydziestych XX wieku miejscowa ludność brała powszechny udział w strajkach chłopskich i demonstracjach przeciwko złej sytuacji gospodarczej i ograniczaniu demokracji. W okresie międzywojennym Markowa liczyła 4,5 tys. mieszkańców. Mieli oni swój wkład w powołanie w 1933 roku Wiejskiego Uniwersytetu Orkanowego w sąsiedniej Gaci. Powstanie uniwersytetu spowodowało napływ do Markowej inteligencji pochodzenia chłopskiego, która w dużym stopniu przyczyniła się do założenia tu w 1935 roku pierwszej w Polsce wiejskiej spółdzielni zdrowia.

Dzięki temu w drugiej połowie lat trzydziestych w gminie Markowa ukształtowało się nowoczesne środowisko złożone z miejscowej inteligencji i chłopskiej elity. Sukcesy odnoszone w działalności spółdzielczej zrodziły inny pomysł: wydawania w Markowej ogólnopolskiego pisma kobiecego. Od kwietnia do sierpnia 1939 roku ukazały się cztery numery miesięcznika "Kobieta Wiejska", którego redaktorem została żona lekarza ze spółdzielni zdrowia Hanna Ciekotowa. W jego tworzenie zaangażowała się także Zofia Solarzowa, późniejsza autorka hymnu Batalionów Chłopskich, podziemnego wojska ruchu ludowego: "Do boju o Polskę Ludową".

W tak dużej i zamożnej wsi mieszkali także Żydzi. Według statystyk sporządzonych na podstawie spisu powszechnego z 1931 roku we wsiach powiatu przeworskiego mieszkało 1030 Żydów, 2 proc. całej ludności. Większość zamieszkiwała miasteczka tego powiatu, stanowiąc prawie 30 proc. ich mieszkańców.

W spisie z 1921 roku znajduje się informacja, że wśród ludności Markowej 126 osób deklarowało wyznanie mojżeszowe. W późniejszych latach liczba Żydów w powiecie przeworskim z powodu migracji wewnętrznych, a także wyjazdów za granicę zmniejszyła się o około 6 proc., z dużym prawdopodobieństwem można więc szacować, iż w Markowej w 1939 roku mieszkało około 120 osób pochodzenia żydowskiego. Współczesne informacje oparte na relacjach starszych mieszkańców wsi pokrywają się z tymi obliczeniami. Z wypowiedzi świadków wynika, że w Markowej było od dwudziestu kilku do najwyżej trzydziestu rodzin żydowskich. [...] Markowscy Żydzi, podobnie jak ich współbracia w innych wioskach, zajmowali się przeważnie handlem. Skupowali produkty rolne, zwierzęta hodowlane, owoce, prowadzili sklepy z artykułami przemysłowymi. Parę żydowskich rodzin w Markowej, podobnie jak polscy mieszkańcy wsi, uprawiało ziemię. W 1931 roku Żydzi rolnicy byli posiadaczami 36 ha ziemi, co stanowiło niewiele ponad 1 proc. powierzchni gruntów. W miejscowej społeczności żydowskiej była też osoba zajmująca się uczeniem dzieci historii i religii ich narodu.

Stosunki pomiędzy Polakami a Żydami układały się dobrze. Obydwie społeczności żyły jednak jakby obok siebie. [...] Podczas gdy społeczność polska i żydowska trzymały się oddzielnie, ich dzieci w szkole miały ze sobą częstszy kontakt. W Markowej w roku szkolnym 1938/1939 do siedmioklasowej szkoły powszechnej uczęszczało 22 uczniów pochodzenia żydowskiego.

Według relacji ich polskich kolegów uczyli się oni lepiej od nich, zwłaszcza języków obcych. Koledzy ci podkreślają także, że stosunki między dziećmi układały się dobrze: "Jeśli istniały konflikty, to podobnie, jak w obecnej szkole". Inaczej wspomina lata szkolne Żyd Joseph Riesenbach, który do 1939 roku ukończył cztery klasy, a jego dalsza edukacja stała się niemożliwa, kiedy Niemcy zabronili żydowskim dzieciom chodzenia do szkoły. Pisze, że przed wojną uczniowie pochodzenia żydowskiego byli dyskryminowani z powodów religijnych przez kolegów i niektórych nauczycieli. Nie podaje jednak przykładów tych zachowań. We wsi zdarzały się jednak incydenty wywoływane przez młodzież. Każdego roku w Wielkim Tygodniu ubierano kukłę Judasza - apostoła-zdrajcy i wieszano ją na drzewach przed domami zamieszkanymi przez Żydów. Zwyczaj ten - nie popierany przez część ludności, zwłaszcza starszej - miał przypominać, że to Żydzi zabili Chrystusa. Wywoływało to protesty rodzin żydowskich, które wielokrotnie wzywały policję lub szły ze skargami do rodziców młodocianych sprawców.

Nowy rozdział w historii wsi rozpoczął się wraz z wybuchem II wojny światowej. Po zajęciu Polski Niemcy wprowadzili nowy podział administracyjny. Gmina Markowa przez okres okupacji wchodziła w skład powiatu jarosławskiego, na którego czele stał niemiecki starosta powiatowy (Kreishauptmann). [...] Mimo iż utrzymano dotychczasowy podział na gminy i gromady, to jednocześnie zniesiono samorząd wiejski i gminny. Pozostawiono funkcje wójta i sołtysa, którzy podlegali bezpośrednio niemieckim starostom. Wójtem gminy Markowa do marca 1942 roku był pełniący te obowiązki jeszcze przed wojną Józef Szatkowski, następnie do marca 1943 roku Władysław Urban, a później, do zakończenia okupacji, Michał Barakasza. Żaden z nich nie pochodził i nie mieszkał w Markowej. Sołtysem gromady Markowa do 1943 roku był Andrzej Kud, a następnie Teofil Kielar.

Życie wsi zmieniło się. Terror, godzina policyjna, kontyngenty, obowiązek publicznej służby porządkowej, wywózki na roboty do Niemiec, pobór młodych mężczyzn do Służby Budowlanej stały się codziennością. W 1939 i 1940 roku gromada musiała zapewnić lokum Polakom wysiedlonym z terenów włączonych do III Rzeszy, a od lata 1943 roku do wsi zaczęło napływać wielu ludzi uciekających ze wschodnich terenów okupowanego kraju przed nacjonalistami ukraińskimi.

Markowa była dobrze zorganizowaną, spółdzielczą wsią z ładną, odmienną od okolicznych wiosek zabudową, a jej mieszkańcy, w większości (70 proc.) noszący niemieckie nazwiska, od pokoleń cechowali się niechęcią do przyjmowania do swego grona osób spoza wsi. Z tych powodów Markowa wraz z trzema innymi pobliskimi wioskami znalazła się w kręgu zainteresowań powołanego w Krakowie Instytutu Niemieckiej Pracy Wschodniej (Institut für Deutsche Ostarbeit). Podjął on badania nad średniowiecznym niemieckim osadnictwem na terenach, które weszły w skład Generalnego Gubernatorstwa. W latach 1940-1942 wysyłał do Markowej swoich pracowników, którzy badali nie tylko antropologiczne szczegóły budowy ciała mieszkańców, jak kształt czaszek, ale także etymologię nazwisk i specyfikę budowy domów. Efektem tych prac była książka Gisele Hildebrandt, w większości poświęcona Markowej. Mimo iż na podstawie badań orzeczono, że mieszkańcy Markowej zdatni są do zregermanizowania, to agitatorzy niemieccy namawiający do podpisywania volkslisty nie osiągnęli żadnych sukcesów.

Odpowiedzią na rządy niemieckie, podobnie jak w całym kraju, było tworzenie polskich podziemnych struktur wojskowych i politycznych. W Markowej powstał Związek Walki Zbrojnej, później Bataliony Chłopskie. W lutym 1940 roku gen. Michał Karaszewicz-Tokarzewski, udając się na terytoria okupowane przez ZSRR, zatrzymał się na krótko w sąsiednim Soninie. Tam zaprzysiągł pierwszych, pochodzących m.in. z Markowej, żołnierzy ZWZ (przekształconego w 1942 roku w Armię Krajową). W strukturze wojskowej placówce gminnej w Markowej przypisano kryptonim "Marian". Należała ona do Obwodu Przeworsk podległego Inspektoratowi Przemyśl (Jarosław). Komendantem placówki w gminie został Antoni Dzwierzyński "Ryś". Na terenie całej gminy (przed scaleniem BCh z AK) było około stu żołnierzy AK.

Działacze Stronnictwa Ludowego i Związku Młodzieży Wiejskiej "Wici" w Markowej już pod koniec 1939 roku powołali w gminie i wsi konspiracyjne struktury partyjne, tzw. trójki. W 1942 roku funkcjonowały także gminne struktury Batalionów Chłopskich (dowódca Michał Ulma "Kamień"), a później również Ludowej Straży Bezpieczeństwa (dowódca Mieczysław Pelc "Kożuchowski"). W Markowej utworzono dwa plutony BCh, liczące w sumie 74 osoby.

W chwili wybuchu wojny w 1939 roku w regionie, w którym znajduje się Markowa (obecne województwo podkarpackie), mieszkało co najmniej 120 tys. Żydów. Już podczas niespełna dwóch miesięcy zarządu wojskowego Wehrmachtu około 1200 zostało zamordowanych w różnych okolicznościach. Blisko 21 tys. Żydów (w tym część mieszkańców Łańcuta i okolic) zmuszono do opuszczenia swoich domów i udania się na tereny okupowane przez Związek Sowiecki. Także w pierwszych dniach okupacji Niemcy spalili synagogę w Przeworsku. Zamierzali również zniszczyć synagogę w Łańcucie, ale została ona uratowana za wstawiennictwem polskiego arystokraty Alfreda Potockiego. Podobnie jak w innych częściach Generalnego Gubernatorstwa, szybko wprowadzono tu prawa antyżydowskie. Nakazano oznakowanie gwiazdą Dawida żydowskich sklepów, a w dalszej kolejności wszystkich Żydów. Odebrano im własność, zakazano opuszczania miejscowości, w których żyli, a w miastach nie mieli dostępu do dzielnic aryjskich. Wprowadzono obowiązek różnorakich prac na rzecz okupanta. Niemożliwe stało się wykonywanie przez Żydów większości zawodów, z których utrzymywali się przed wojną.

[...] W drugiej połowie 1941 roku rozpoczęto na Podkarpaciu tworzenie gett. Do lata 1942 roku powstało ich siedemnaście, część z nich była zamknięta, podobnie jak getta w Warszawie i Krakowie. Wkrótce po utworzeniu ostatnich Niemcy przystąpili do ostatecznej likwidacji społeczności żydowskiej. We wschodniej części dystryktu krakowskiego przeprowadzono akcję, która trwała od połowy lipca do połowy grudnia 1942 roku. Kierował nią szef sztabu dowództwa SS i policji dystryktu krakowskiego SS-Hauptsturmführer Martin Fellenz. Z niektórych miejscowości wysiedlano Żydów do miasteczek celem przeprowadzenia selekcji. Osoby młode i zdrowe kierowano do obozów pracy. Pozostali byli mordowani na miejscu lub przewożeni do obozu zagłady w Bełżcu, który stał się największym miejscem zbrodni na podkarpackich Żydach. W wielu wsiach rozstrzeliwano Żydów, nie dokonując żadnej selekcji. Tak działo się w okupacyjnym powiecie jarosławskim. Z niektórych miejscowości, m.in. Łańcuta, Leżajska, Radymna, w lipcu i sierpniu 1942 roku przesiedlono Żydów do obozu w Pełkiniach, a po kilku tygodniach wywieziono do Bełżca.

Połowa 1942 roku stała się dla żydowskich mieszkańców miast ostatnim momentem, kiedy możliwe były większe ucieczki i znalezienie kryjówki, później mogli to czynić już tylko nieliczni. Wówczas pierwsi uciekinierzy z miast pojawili się w Markowej. Jednak także tu nie było bezpiecznie. Wielu mieszkańców podaje, że już w latach 1939-1941 niemieccy funkcjonariusze dokonali kilku zabójstw i licznych rabunków. Jako jednego z pierwszych zastrzelono pewnego chorego Żyda. Najczęściej wykonawcą tych zbrodni był Konstanty Kindler, Niemiec pochodzący z Grodźca koło Konina, starszy posterunkowy w Markowej, później przeniesiony do żandarmerii niemieckiej. Jego okrucieństwo do dzisiaj wspominane jest z przerażeniem. Przychodził on często do jednej z bogatszych rodzin żydowskich, Goldmanów, by wyłudzać od nich dobra materialne. Estera Goldman po takich wizytach mówiła sąsiadom, przeczuwając czarną przyszłość: "My Żydzi idziemy na śniadanie, wy Polacy pójdziecie na obiad".

Do 30 kwietnia 1942 roku zobowiązano zamieszkałych w Markowej Żydów do złożenia wniosków o wydanie kenkart (kart rozpoznawczych). W efekcie zostali dokładnie zewidencjonowani. Niektórych zmuszono do opuszczenia wioski. Przetransportowano ich do obozu pracy w Pełkiniach, a następnie rozstrzelano w lasach koło Wólki Pełkińskiej lub zamordowano w obozie zagłady w Bełżcu. Po nieskutecznych próbach namówienia markowskich Żydów do wyjazdu na wschód większość z nich rozstrzelano na miejscu. Najtragiczniejsze chwile okupowanej Markowej nastały w lipcu 1942 roku. Trudno określić, czy tylko niemieccy żandarmi, czy też również członkowie innych formacji przyjechali do wsi i rozpoczęli trwające przez lato i jesień "polowanie na Żydów". Wyciągano ich z domów i prowadzono do tymczasowego aresztu. Jeden z mieszkańców relacjonuje, że wśród prowadzonych pod eskortą Żyd zobaczył znajomego, który świadom swego losu, zdążył jeszcze krzyknąć: "Do widzenia, sąsiedzie!".

Na dzień przed antyżydowską akcją dwóch granatowych policjantów żyjących w przyjaźni z Riesenbachami poradziło im natychmiastową ucieczkę z domu. Wielu innych Żydów już w trakcie akcji opuściło swoje domy. Byli potem ścigani, wielu z nich złapano. Kilkunastoletnia Idka uciekła z więzienia i udała się do domu sołtysa Andrzeja Kuda, który przyjmując w tym czasie obcych ludzi, zachował spokój i nie ujawnił, kim jest dziewczyna pukająca do drzwi. Ukrywała się później w sąsiedniej miejscowości i przeżyła okupację.

Uwięzieni w areszcie Żydzi domyślali się swojego losu. Nocą, stłoczeni, krzyczeli i modlili się. Rankiem wyprowadzano ich grupami, rozstrzeliwano i zakopywano na dawnym grzebowisku padłych zwierząt, położonym na uboczu. Miejsce to wykorzystywano często do egzekucji Żydów, także z sąsiednich miejscowości. Po wojnie ciała zamordowanych zostały przewiezione na cmentarz żydowski w Michałówce koło Radymna. Brak dokładnych informacji co do liczby osób, które tam zabito - prawdopodobnie było ich co najmniej pięćdziesiąt.

Ponieważ główne akcje antyżydowskie odbywały się w ciepłej porze roku, część Żydów zdołała je przeczekać na polach. Niektórzy ukryli się w znajdujących się po południowej stronie Markowej zaroślach i jarach, tzw. potokach. Większość z tych, którzy uciekli, wróciła na wieś i szukała schronienia w chłopskich domach. Chłopi bali się jednak konsekwencji. Niektórzy zgadzali się tylko na kilkudniowy pobyt, do czasu znalezienia innego ukrycia. Innych stać było tylko na to, by w umówionych miejscach zostawiać nocą pożywienie. Zdarzały się także przypadki odmawiania pomocy, a nawet denuncjacji, np. szukający pomocy Żyd o imieniu Szmul został zatrzymany i doprowadzony na posterunek policji.

Po akcji Niemcy zdali sobie sprawę z tego, że nie zgładzili wszystkich markowskich Żydów. W listopadzie 1942 roku wydano rozkaz Straży Pożarnej, by przeszukała wszystkie domy, zabudowania gospodarcze, kryjówki na polach i przekazała odnalezionych Żydów Niemcom. Rozkaz ten strażacy wykonywali w kilkuosobowych grupach. Zachowane źródła nie pozwalają odpowiedzieć na pytanie, czy za niewykonanie zadania groziła śmierć lub inna kara. Niewiele też wiadomo o rezultatach poszukiwań. Udało się ustalić, że podczas rewidowania przez strażaków stodoły dwaj ukrywający się tam Żydzi, Markieł i Fawek, próbowali uciekać, spadli ze strychu i poranieni zostali odprowadzeni na posterunek policji.

Wśród markowian byli gospodarze, którzy odważyli się udzielić schronienia prześladowanym Żydom, dzięki czemu przeżyli oni okupację. Dotychczasowe prace podają, że w Markowej przeżyło trzynastu Żydów. Autor niniejszego opracowania ustalił, że było ich co najmniej siedemnastu, a także odszukał nazwiska ratujących i ratowanych. Na podstawie relacji naocznych świadków udało się poznać ich losy. Siedmiu spośród nich żyło jeszcze w 2004 roku.

Pięcioosobowa rodzina Riesenbachów, mieszkająca w centrum Markowej, początkowo rozdzieliła się i ukrywała u dwóch rodzin. Jacob i Ita z synem Josephem ukrywali się u Józefa i Juli Barów. Dwie córki, Jenni i Marion, na prośbę matki przechowywali na strychu przez kilka miesięcy Kielarowie - sąsiedzi Riesenbachów. W późniejszym okresie dołączyły one do rodziców przebywających w domu Barów, gdzie zarówno gospodarze, jak i ich córka Janina odnosili się do nich z wielką życzliwością, nie rezygnując z udzielania im pomocy mimo rewizji w ich domu. Po wojnie Riesenbachowie wyjechali do Austrii, a stamtąd do Kanady. Z rodziny tej w 2004 roku żyli jeszcze w Kanadzie Joseph, Jenni i Marion. Chcąc okazać wdzięczność, Joseph odwiedził Janinę Bar w Markowej w 2000 roku, na krótko przed jej śmiercią.

Sześcioro Żydów o nazwisku Weltz zajęło stodołę Antoniego i Doroty Szylarów. Była to Miriam z czwórką dzieci - Mońkiem, Abrahamem, Reśką, Aronem i żoną tego ostatniego - Shirley. Gdy zauważyli ich gospodarze, Żydzi zaczęli prosić

o zgodę na kilkudniowy pobyt. Mimo obaw, wynikających m.in. z bezpośredniej bliskości posterunku policji, a także troski o własne dzieci (dorastające Zofię i Helenę oraz młodszych Eugeniusza, Franciszka i Janinę), Szylarowie się zgodzili. Być może uczynili to dlatego, że proszącymi byli ich sąsiedzi, którzy na krótko przed wojną opuścili wieś i przenieśli się do Jarosławia. Gdy po kilku dniach Weltzowie nadal pozostawali w stodole, Szylarowie zaczęli nalegać, by opuścili to miejsce. Jednakże po usilnych prośbach nie tylko zgodzili się na ich dłuższy pobyt, ale także pozwolili im przebywać na strychu domu i dodatkowo przyjęli syna Arona i Shirley, Leona. Chłopiec ten, urodzony w 1938 roku, mieszkał jako Staś u polskiej rodziny w Jarosławiu. Został przetransportowany do Szylarów po tym, jak podczas zabawy w piaskownicy rodzice innych dzieci zauważyli, że jest obrzezany. Na skutek represji Niemców wobec Ulmów Szylarowie ponownie domagali się od Weltzów opuszczenia kryjówki. Ci jednak, mówiąc o zbliżającym się końcu wojny, wybłagali kolejny raz pozwolenie na pozostanie. Po wojnie cała rodzina Weltzów wyjechała do Stanów Zjednoczonych, utrzymywali jednak stały kontakt z Szylarami. Troje z ukrywających się żyło w 2004 roku w USA".

Abraham Segal jako jedyny z rodziny ocalał z Holocaustu. Jego rodzice i rodzeństwo zostali zamordowani przez Niemców we wschodniej Polsce. Jako trzynastoletni chłopiec uniknął egzekucji w Brzeżanach, ratując się ucieczką. Wrócił do rodzinnego Łańcuta, a następnie udał się do sąsiedniej wioski Krzemienica, gdzie znajomi jego rodziców, Skrobaczowie, udzielili mu tymczasowego schronienia. Z obawy przed dekonspiracją poradzili mu, by ukrył się w Markowej - położonej na uboczu, z dala od posterunków żandarmerii. Podając się za Romka Kaliszewskiego z Przemyśla, został przyjęty do pracy przez Jana i Helenę Cwynarów, mieszkających z dorastającymi córkami Marią i Czesławą. Cwynarowie należeli do najbogatszych gospodarzy w Markowej. Jan był znanym przed wojną działaczem ruchu ludowego, podczas okupacji został członkiem władz podziemnego Stronnictwa Ludowego w powiecie przeworskim. Początkowo nie rozpoznali żydowskiego pochodzenia Abrahama Segala. Gdy po czasie zorientowali się, kim jest, byli już na tyle do niego przywiązani, że rozważali nawet możliwość usynowienia go. W 1944 roku Segal opuścił Markową z Armią Czerwoną i zaciągnął się do armii czeskiej. Obecnie mieszka w Izraelu na przedmieściach Hajfy, ma trzynaścioro wnuków. Utrzymuje kontakty z mieszkańcami Markowej i interesuje się sprawami wsi.

U Michała i Marii Barów, wychowujących pięcioro nieletnich dzieci, przetrwała trzyosobowa rodzina Lorbenfeldów: Chaim z żoną Rozalią i córką Pepką. Mieszkali oni przed wojną w bezpośrednim sąsiedztwie markowskiego kościoła. Skryli się u Barów, gdy Niemcy zamordowali im syna. Po wojnie wyjechali do Stanów Zjednoczonych. Ich dalsze losy są nieznane. Jakub Einhorn ukrywał się w kilku miejscowościach. W Markowej przechowywali go Jan i Weronika Przybylakowie. Po zakończeniu wojny mieszkał w Szczecinie. Najliczniejsza grupa Żydów ukrywała się u rodziny Ulmów. Ulmowie jako jedyni w Markowej ponieśli konsekwencje, którymi grozili Niemcy. Zostali zamordowani wraz z tymi, którym nieśli pomoc.

Los rodziny Ulmów

Józef Ulma urodził się 2 marca 1900 roku w Markowej w ubogiej rodzinie chłopskiej. Jego rodzice, Marcin i Franciszka z domu Kluz, byli rolnikami, mieli trzy hektary ziemi i mieszkali w niewielkim drewnianym domu. Józef ukończył czteroklasową szkołę powszechną, w 1921 roku został powołany do służby wojskowej. W wieku 29 lat zaczął uczęszczać do szkoły rolniczej, którą ukończył z wynikiem bardzo dobrym. Stał się gorącym propagatorem upraw warzyw i owoców, które nie były na wsi jeszcze rozpowszechnione. Mając mniej niż hektar ziemi, przeznaczył jej część na pierwszą w Markowej szkółkę drzew owocowych. Sprzedaż sadzonek stała się jednym z jego źródeł utrzymania. To prawdopodobnie dzięki niemu w Markowej pojawiły się szczepione jabłonie. Był nowatorem nie tylko w dziedzinie ogrodnictwa, ale także pszczelarstwa i hodowli jedwabników. Zachowały się dwa dyplomy, które otrzymał na Powiatowej Wystawie Rolniczej w Przeworsku, zorganizowanej w 1933 roku przez tamtejsze Okręgowe Towarzystwo Rolnicze: pierwszy "za pomysłowe ule i narzędzia pszczelarskie własnej konstrukcji", drugi "za wzorową hodowlę jedwabników i wykresy ich życia". Zwłaszcza ta ostatnia działalność, datująca się od 1930 roku, wzbudzała zainteresowanie nie tylko mieszkańców Markowej, ale i okolicznych wsi. Nawet książę Andrzej Lubomirski, ordynat przeworski, wraz ze starostą powiatowym odwiedził Józefa Ulmę, by zobaczyć jedwabniki i drzewa morwowe.

Największą pasją Józefa Ulmy było fotografowanie. Posiłkując się wiedzą z książek i czasopism, potrafił samodzielnie złożyć aparat fotograficzny (posiadał później także profesjonalny, fabryczny sprzęt). Wykonał tysiące zdjęć. Wiele z tych fotografii zachowało się w prywatnych zbiorach markowian. Ulma utrwalił na nich życie codzienne mieszkańców wsi - prace polowe, śluby, wesela, pierwsze komunie święte, chrzciny, a także wydarzenia społeczne - występy chóru, orkiestry, przedstawienia teatralne. Wykonywał również zdjęcia na zamówienie. Wiele poświęcił swojej rodzinie. Zachowały się wzruszające fotografie żony, dzieci i innych członków rodziny. Fotografował przy różnych okazjach, często przy pracy, także siebie. Dzięki temu wiemy, jak wyglądał i jak wyglądało jego życie. Ze zdjęć spogląda na nas mężczyzna o zdecydowanym charakterze, ciekawy świata i ludzi.

Zachowała się także część książek z jego prywatnej biblioteki, m.in. O drenowaniu, Podręcznik elektrotechniczny, Podręcznik fotografii, Wykorzystanie wiatru w gospodarce, Radiotechnika dla wszystkich, Przyroda i technika, Dzicy mieszkańcy Australii, Atlas geograficzny, Słownik wyrazów obcych, Dzieje biblijne Starego i Nowego Przymierza. Niektóre z nich opatrzone są pieczęcią - ekslibrisem "BIBLIOTEKA DOMOWA JÓZEF ULMA". Prenumerował też czasopismo "Wiedza i Życie". Różnorodność tytułów świadczy o jego szerokich horyzontach - od przydatnej w gospodarstwie aktualnej wiedzy po poznanie innych krajów i kultur. Zdobytą wiedzę wykorzystywał w praktyce - poza aparatem fotograficznym skonstruował także maszynę do oprawiania książek, radio i niewielką elektrownię wiatrową, służącą m.in. do ładowania akumulatora, dzięki któremu jako pierwszy we wsi oświetlał dom nie lampą naftową, lecz energią elektryczną.

Józef Ulma znajdował czas na działalność społeczną. Związał się z dwoma środowiskami młodzieżowymi, aktywnymi w międzywojennej Markowej. Początkowo działał w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży, później w Związku Młodzieży Wiejskiej "Wici", gdzie udzielał się jako bibliotekarz i fotograf.

Z powodu działalności w "Wiciach" popadł w zatarg z proboszczem ks. Władysławem Tryczyńskim, który oceniał tę organizację jako lewicową i komunizującą. Józef miał możność częstych rozmów z działaczami Stronnictwa Ludowego oraz związanymi z nimi spółdzielcami, np. Ignacym Solarzem, organizującym po sąsiedzku, dwie parcele dalej, spółdzielnię zdrowia. Przez pewien czas pełnił funkcję kierownika Spółdzielni Mleczarskiej w Markowej.

W wieku 35 lat ożenił się i realizował powołanie do życia rodzinnego. Jego wybranką została młodsza o 12 lat Wiktoria Niemczak. Urodziła się również w Markowej 10 grudnia 1912 roku jako siódme dziecko Jana i Franciszki z Homów. Zgodne i darzące się miłością małżeństwo Ulmów szybko doczekało się licznego potomstwa. W ciągu siedmiu lat przyszli kolejno na świat: Stasia, Basia, Władzio, Franuś, Antoś, Marysia. Gdyby nie tragedia w 1944 roku, Ulmowie mieliby siódme dziecko. Wiktoria zajmowała się domem i dziećmi - potwierdzają to wykonane przez męża zdjęcia. Uczestniczyła także w kursach na Wiejskim Uniwersytecie Orkanowym w Gaci. Ulmowie nie byli w stanie wyżywić tak licznej gromadki z małego gospodarstwa, które posiadali. Mimo silnych związków z rodzinną Markową postanowili podjąć ryzyko i rozpocząć nowe życie w innym miejscu. W 1938 roku kupili pięć hektarów czarnoziemu w Wojsławicach koło Sokala. Pieniądze na zakup pochodziły ze sprzedaży dobytku i niewielkich oszczędności. Przeprowadzka nie doszła jednak do skutku ze względu na wybuch wojny.

Nieznane są okoliczności pojawienia się w domu Ulmów ośmiorga Żydów: pięciu mężczyzn o nazwisku Szall - ojca i czterech synów, z Łańcuta - oraz Layki, jej siostry Gołdy (Geni) Goldman i małej dziewczynki, przypuszczalnie córki Layki. Za najbardziej prawdopodobny okres ich przyjęcia przez Józefa Ulmę uważa się drugą połowę 1942 roku. Józef znany był z życzliwości wobec Żydów - już wcześniej doraźnie pomagał szukającym schronienia; jednej z rodzin zwanej "Ryfkami" pomógł zbudować kryjówkę w wąwozach wyżłobionych przez potoki.

O rodzinie Goldmanów, z której pochodziły kobiety ukrywające się u Ulmów, wiadomo stosunkowo dużo. Głową tej rodziny był średnio zamożny Żyd o imieniu Chaim. Wraz z żoną Esterą zajmował się pracą w kilkuhektarowym gospodarstwie i handlem w niewielkim sklepiku w Markowej, położonym przy skrzyżowaniu dróg do Kańczugi, Łańcuta i Przeworska (dom nr 783). Mieli oni co najmniej cztery córki. Pierwsza z nich, Layka, wraz z mężem i jednym lub dwojgiem dzieci mieszkała u rodziców. Druga, Gołda, była także zamężna, zamieszkiwała w domu rodzinnym bez męża, który jako agent handlowy jeździł po całej Polsce; przypuszczalnie nie miała dzieci. Młodsze córki Goldmanów podczas największego zagrożenia prawdopodobnie ukrywały się wraz z rodzicami w sąsiedniej wsi, Zabratówce, gdzie zaginęły.

Na temat Szallów udało się zebrać szczątkowe informacje. Ojciec rodziny miał około siedemdziesięciu lat i handlował bydłem. Znano go w Markowej, gdyż odwiedzał ją często w celach handlowych. Jeden z jego dorosłych synów, ukrywający się wraz z ojcem i braćmi u Ulmów, brał udział w wojnie obronnej Polski w 1939 roku.

Trudno określić przesłanki, jakimi kierowali się Ulmowie, przyjmując pod swój dach Żydów. Była to zapewne miłość bliźniego, współczucie i świadomość tego, że zaniechanie pomocy może być wyrokiem śmierci dla wyjętych spod prawa ludzi. W 1942 roku Ulmowie wielokrotnie widzieli, jak na sąsiedniej parceli - grzebowisku padłych zwierząt - Niemcy rozstrzeliwali Żydów. Czy mógł być jeszcze jakiś inny powód skłaniający ich do takiej postawy, np. wynagrodzenie za użyczenie schronienia, gdyż - jak wiadomo - liczna rodzina Ulmów była biedna? Wydaje się, że Szallowie nie mieli przy sobie wielkiego majątku, ponieważ powierzyli go wcześniej komuś, kto obiecał im pomoc. Pochodzące ze stosunkowo bogatego, jak na wiejskie warunki domu córki Chaima Goldmana zapewne przyniosły ze sobą jakieś środki do życia, które przeznaczano na utrzymanie wszystkich domowników. Później na piersiach zamordowanej Gołdy znaleziono pudełeczko ze złotymi precjozami, co może świadczyć o tym, że Ulma nie żądał od nich zapłaty.

Przyjmując Żydów, Ulmowie mogli liczyć na to, że dzięki wspólnej pracy kilku osób w sile wieku wszystkim będzie łatwiej przeżyć trudne wojenne dni. Wiadomo, że Józef Ulma razem z Żydami zajmował się garbowaniem skór, które sprzedawał w dużej ilości, uzyskując pieniądze na życie. Większość bowiem tego, co zaoszczędzili Ulmowie przed wojną, zainwestowali w ziemię w Wojsławicach.

Mimo znacznego oddalenia od zabudowań sąsiadów fakt ukrywania Żydów nie na długo pozostał nieznany. Duże ilości kupowanego przez Wiktorię pożywienia, a także wyprawianych skór, częste wizyty w domu osób przychodzących robić zdjęcia do kenkart odkrywały tajemnicę. Zagadką pozostaje, kto i dlaczego doniósł Niemcom o ukrywanych Żydach i czy zdawał sobie sprawę, jak tragiczne następstwa także dla gospodarzy będzie miał jego donos. Dzięki odnalezionym, choć niepełnym dokumentom podziemia można z dużym prawdopodobieństwem odtworzyć, jak doszło do tragedii 24 marca 1944 roku.

Ukrywający się u Ulmów Szallowie mieszkali przed wojną i na jej początku w Łańcucie. Zdając sobie sprawę ze zbliżającego się "ostatecznego rozwiązania", rozpoczęli poszukiwanie schronienia. Obiecał im je Włodzimierz Leś, posterunkowy w Łańcucie. Pochodził z miejscowości Biała koło Tyczyna; tak jak i jego dziadkowie, którzy przybyli na Rzeszowszczyznę z Galicji Wschodniej, uważany był za Ukraińca. Mieszkał na przedmieściach Łańcuta, niedaleko od Szallów, z którymi przed wojną utrzymywał bliskie kontakty, a potem w zamian za wsparcie materialne pomagał im się ukrywać. Kiedy zorientował się, że Niemcy za pomoc Żydom nie tylko grożą karą śmierci, ale i ją wykonują, Szallowie musieli szukać innej kryjówki. Udali się wtedy do Ulmów - znajomych gospodarzy z Markowej, i tam zostali przyjęci. Ciągle jednak nachodzili Lesia, domagając się od niego pomocy za pozostawioną w jego rękach znaczną część majątku. Ponieważ od jakiegoś czasu jej nie otrzymywali, próbowali odzyskać swoje mienie - zabrać je lub przejąć w zamian inne dobra będące własnością Lesia. Zachowane dokumenty konspiracyjnej Ludowej Straży Bezpieczeństwa sugerują, iż w obawie przed utratą żydowskiego majątku Leś zdradził kolegom z żandarmerii niemieckiej kryjówkę Szallów. Informację o miejscu ich przebywania mógł uzyskać od nich samych, gdy łączyły ich jeszcze dobre stosunki, lub od konfidentów. Całkowitą pewność miał zdobyć, odwiedzając Józefa Ulmę w celu sfotografowania się.

Przebieg zbrodni ustalono na podstawie akt sądowych i kontrolnośledczych, które zachowały się w procesie przeciwko jednemu ze sprawców, Josephowi Kokottowi. W aktach sądowych znajduje się protokół przesłuchania naocznego świadka morderstwa, furmana Edwarda Nawojskiego, który wiózł żandarmów do Markowej. Z jego relacji wynika, że tuż po północy z 23 na 24 marca wyjechało z Łańcuta co najmniej ośmiu funkcjonariuszy: czterech żandarmów oraz od czterech do sześciu granatowych policjantów. Dowódcą grupy był szef posterunku w Łańcucie porucznik Eilert Dieken. Inni żandarmi to Joseph Kokott, Michael Dziewulski i Erich Wilde. Ustalono również dwa nazwiska policjantów - Włodzimierza Lesia i Eustachego Kolmana.

Jeszcze przed świtem furmanki dotarły do zabudowań Józefa Ulmy. Niemcy, pozostawiając nieco w oddaleniu furmanów z końmi, wraz z granatową obstawą udali się pod dom. Wkrótce rozległo się kilka strzałów - pierwsi, jeszcze podczas snu, zginęli dwaj bracia Szallowie oraz Gołda Goldman. Naocznymi świadkami pozostałych egzekucji byli furmani, którzy zostali przywołani przez Niemców, żeby zobaczyli, jaka kara spotka każdego Polaka ukrywającego Żydów. Nawojski podaje, że widział, jak mordowano jednego z Szallów, następnie Laykę Goldman wraz z małym dzieckiem, kolejnego mężczyznę z rodziny Szallów, a na końcu najstarszego z nich. W krótkim czasie przed dom wyprowadzono Józefa i Wiktorię Ulmów i tam ich rozstrzelano. Świadek relacjonuje: "W czasie rozstrzeliwania na miejscu egzekucji słychać było straszne krzyki, lament ludzi, dzieci wołały rodziców, a rodzice już byli rozstrzelani. Wszystko to robiło wstrząsający widok". Wśród rozpaczliwych krzyków dzieci żandarmi zaczęli się zastanawiać, co z nimi począć. Po naradzeniu się z kompanami Dieken zdecydował, że należy je zastrzelić. Nawojski widział, jak trójkę lub czwórkę dzieci własnoręcznie rozstrzelał Kokott. Jego słowa wypowiedziane po polsku do furmanów wryły mu się głęboko w pamięć: "Patrzcie, jak polskie świnie giną - które przechowują Żydów". Zginęli: Stasia, Basia, Władzio, Franuś, Antoś, Marysia. W ciągu kilku chwil z rąk oprawców zginęło siedemnaście osób.

W momencie, gdy mordowano ostatnie ofiary, na posesję Ulmów przybył wezwany wcześniej sołtys Teofil Kielar. Na rozkaz Niemców przyprowadził ze sobą kilka osób do grzebania ciał. Ponieważ znał dowódcę ekspedycji karnej ze względu na częste kontrole w Markowej, zapytał go, dlaczego zabili także dzieci. Usłyszał, że uczynili to dla dobra mieszkańców Markowej: "żeby gromada nie miała z nimi kłopotu".

Po dokonaniu zbrodni Niemcy przystąpili do rabunku. Kokott zwrócił się do Franciszka Szylara, jednego z tych, których przyprowadzono, by kopali grób, i nakazał mu dokładne przeszukanie zamordowanych Żydów. Sam nadzorował przyświecał latarką. Gdy przy zwłokach Gołdy Goldman zauważył schowane na piersi pudełko z kosztownościami, powiedział: "Tego mi było potrzeba" i schował je do kieszeni. Inni Niemcy zajęci byli rabowaniem dobytku Ulmów. Zarekwirowano skrzynie, materace, łóżka, część lepszych naczyń, a także duże ilości wyprawionych skór. Ponieważ zagrabione rzeczy nie mieściły się na furmankach, które przyjechały z Łańcuta, Niemcy zażądali dwóch dodatkowych. Te dostarczono z Markowej. Obecni pod przymusem mieszkańcy Markowej otrzymali rozkaz zniesienia zmarłych ze strychu i wykopania dużego dołu. Franciszek Szylar podszedł do jednego z Niemców i poprosił, by żydzi i katolicy zostali pochowani w odrębnych dołach. Na jego prośbę żandarm zareagował agresją. Za brak natychmiastowego wykonania rozkazu i chęć zmiany jego polecenia zaczął strzelać do Szylara z karabinu, dziurawiąc trzymane przez niego wiadro. Ostatecznie jednak Niemcy zgodzili się na wykopanie dwóch dołów, w których umieszczono osobno zamordowanych Polaków i Żydów.

Kiedy kopano doły, szef grupy oprawców, Dieken, udał się z jednym z żandarmów na posterunek granatowej policji w Markowej, położony kilkaset metrów dalej. Udzielił nagany komendantowi posterunku za to, iż dopuścił do obecności Żydów. Na koniec na miejscu kaźni urządzono libację. Sołtysowi kazano przynieść wódkę, żandarmi i granatowi policjanci wypili trzy litry. Po zakopaniu zwłok Kokott zgromadził Polaków pracujących przy pochówku i nakazał im zachowanie tajemnicy: "nikt nie śmie wiedzieć, ile osób zostało zastrzelonych, tylko wiecie wy i ja!". Potem wraz z załadowanym na furmanki dobytkiem wszyscy policjanci odjechali z Markowej. Mimo surowego zakazu ze strony Niemców w ciągu tygodnia, pod osłoną nocy, pięciu mężczyzn odkopało dół, w którym pochowano Ulmów i włożywszy ciała do trumien, zakopali je z powrotem. Jeden z nich podaje: "Kładąc do trumny zwłoki Wiktorii Ulma, stwierdziłem, że była ona w ciąży. Twierdzenie to opieram na tym, że z jej narządów rodnych było widać główkę i piersi dziecka". Wkrótce po wyrzuceniu Niemców z Markowej ciała Ulmów przeniesione zostały na miejscowy cmentarz.

Niektórzy ze sprawców ponieśli zasłużoną karę za tę i inne zbrodnie, których się dopuścili. 10 września 1944 roku podziemne siły zbrojne wykonały wyrok śmierci na Włodzimierzu Lesiu - gorliwym funkcjonariuszu policji granatowej. Porucznik Eilert Dieken uniknął doczesnej sprawiedliwości. Gdy w latach sześćdziesiątych zebrano w Republice Federalnej Niemiec obciążający go materiał dowodowy, okazało się, że już nie żyje. Nie udało się ustalić dalszych losów Michaela Dziewulskiego i Ericha Wilde.

Wiadomo natomiast, iż odszukano i osądzono Josepha Kokotta. Z akt jego sprawy wynika, że urodził się w 1921 roku w Koblowie, w czeskich Sudetach. Po zajęciu Czech przez Niemcy uzyskał obywatelstwo niemieckie, zaciągnął się do wojska i żandarmerii. Od stycznia 1941 roku pełnił służbę w żandarmerii w Łańcucie. W ciągu swojej działalności, która trwała trzy i pół roku, zamordował wielu niewinnych ludzi. Po wojnie zamieszkał w Czechosłowacji. W 1957 roku rozpoznano go i przekazano polskim władzom. Jego proces toczył się przed Sądem Wojewódzkim w Rzeszowie w lipcu i sierpniu 1958 roku. Udowodniono mu wiele pojedynczych i zbiorowych zbrodni. Oskarżony nie przyznał się do większości zarzucanych mu czynów, w tym do zbrodni popełnionej na Ulmach, Goldmanach i Szallach. Twierdził, że co prawda był w grupie żandarmów, która przyjechała mordować do Markowej, ale pilnował cały czas furmanów i do nikogo nie strzelał. Sąd, dysponując zeznaniami naocznych świadków, nie dał temu wiary. 30 sierpnia 1958 roku uznał go winnym zabójstw i skazał na karę śmierci. Na wniosek Kokotta Rada Państwa PRL skorzystała z prawa łaski, zamieniając karę na dożywocie. Później, w związku ze zmianą przepisów, zmalała ona do 25 lat pozbawienia wolności. Dwa lata przed końcem kary, 16 lutego 1980 roku, Kokott zmarł w raciborskim więzieniu.

Ofiara rodziny Ulmów nie była daremna. Dzięki takim jak oni przeżyły dziesiątki tysięcy niewinnych ludzi przeznaczonych przez okupanta na wyniszczenie. W Markowej inni gospodarze uratowali życie siedemnastu Żydom. Mimo przykładowej egzekucji, której dokonano prawie na ich oczach, nie ulękli się i nie wypędzili ukrywających się u nich osób. Ulmowie, inni gospodarze z Markowej i wszyscy ludzie niosący pomoc Żydom dali świadectwo temu, że człowiek w imię miłości bliźniego jest gotów poświęcić nawet własne życie.

W 1995 roku izraelski Instytut Yad Vashem przyznał pośmiertnie Józefowi i Wiktorii Ulmom medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata. W 2003 roku rozpoczął się w diecezji przemyskiej, poprzedzony kilkuletnimi przygotowaniami, proces beatyfikacyjny rodziny Ulmów.

Pielęgnując pamięć o bohaterach swej ziemi, społeczność Markowej ufundowała pomnik, który uwiecznia to tragiczne wydarzenie i niesie przesłanie dla świata. Pomnik odsłonięto w sześćdziesiątą rocznicę zbrodni, 24 marca 2004 roku. Na kamiennej płycie wyryto następujące słowa:

RATUJĄC ŻYCIE INNYCH ZŁOŻYLI W OFIERZE WŁASNE. JÓZEF ULMA, JEGO ŻONA WIKTORIA ORAZ ICH DZIECI: STASIA, BASIA, WŁADZIU, FRANUŚ, ANTOŚ, MARYSIA, NIENARODZONE. UKRYWAJĄC OŚMIU STARSZYCH BRACI W WIERZE, ŻYDÓW Z RODZIN SZALLÓW I GOLDMANÓW, ZGINĘLI WRAZ Z NIMI W MARKOWEJ 24 III 1944 R. Z RĄK NIEMIECKIEJ ŻANDARMERII. NIECH ICH OFIARA BĘDZIE WEZWANIEM DO SZACUNKU I OKAZYWANIA MIŁOŚCI KAŻDEMU CZŁOWIEKOWI! BYLI SYNAMI I CÓRKAMI TEJ ZIEMI POZOSTAJĄ W NASZYM SERCU SPOŁECZNOŚĆ MARKOWEJ 24 III 2004 R.




Marcin Ulma - ojciec Józefa


Wiktoria i Józef Ulmowie


Wiktoria i najstarsza córka Stasia podczas odrabiania lekcji. Zdjęcie zostało wyhaftowane na sztandarze Gimnazjum w Markowej, które podobnie jak szkoła podstawowa od 23 marca 2006 r. nosi imię Sług Bożych Rodziny Ulmów


Dzieci Ulmów

ul. Kopernika 36/40, 00-924 Warszawa, tel. 0-663 371 415, 0-693 101 300