Niewątpliwie najgoręcej dyskutowanym tematem w ostatnich tygodniach jest stan naszego państwa. Dobrze, że ma to miejsce w okresie przedwyborczym, kiedy w sposób naturalny wzrasta zainteresowanie tematyką społeczną. Opublikowanie długo oczekiwanego raportu zespołu badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej sprawiło, że uwaga opinii publicznej skupiła się na sytuacji w armii, a zwłaszcza na 36 pułku specjalnym, odpowiedzialnym za przewóz najważniejszych osób w państwie. Osobiś
(fragment listu z 18.I.2003)
(…)Przez ponad sto lat badacze zastanawiali się nad pytaniem, dlaczego kapitalizm lepiej sobie radził w krajach protestanckich niż katolickich, zaś zupełnie nie chciał się rozwijać w krajach prawosławnych czy muzułmańskich? Widać to było szczególnie wyraźnie w międzynarodowym handlu, którego charakter nie pozostawiał żadnych wątpliwości – z krajów protestanckich do krajów katolickich płynął strumień towarów o najwyższym stopniu zaawansowania technicznego; natomiast kraje katolickie, a w jeszcze większym stopniu kraje prawosławne, czy muzułmańskie oferowały na rynkach międzynarodowych przede wszystkim surowce naturalne i żywność, co rzecz jasna nie prowadziło do wzrostu siły nabywczej w rękach ich chłopów, ani tym bardziej do poprawy oświaty wśród ludności wiejskiej w tych krajach. (Przed stu laty udział krajów azjatyckich, takich jak Japonia, Korea, czy Chiny, był w międzynarodowym handlu całkowicie marginalny.)
Inna niezwykle ciekawa zmienna statystyczna to procent siły roboczej zaangażowanej w produkcję żywności. W połowie dziewiętnastego stulecia Wielka Brytania, jako pierwszy kraj na świecie miała już połowę ludności mieszkającej w miastach. Przez kolejne sto lat tempo zwalniania siły roboczej z rolnictwa było w krajach protestanckich nieporównanie szybsze niż w krajach katolickich, nie wspominając nawet społeczeństw zdominowanych przez inne religie.
W Europie Zachodniej dopiero Wspólna Polityka Rolna EWG radykalnie przyspieszyła tempo modernizacji wsi i rolnictwa w krajach katolickich, dzięki transferowi środków, ale przede wszystkim dzięki wymuszonej zmianie stosunku elit w tych krajach do ludności wiejskiej.
Dziś, po dziesięcioleciach uczestnictwa we Wspólnej Polityce Rolnej, nie tylko wyrównały się statystyki siły roboczej pracującej w rolnictwie; w krajach katolickich Unii Europejskiej również poziom wykształcenia mieszkańców wsi przestał odbiegać od poziomu wykształcenia mieszkańców miast, a co więcej, trudno byłoby dziś mówić o odmiennej jakości samochodów czy zegarków z zachodnioeuropejskich krajów katolickich i protestanckich (złośliwi badacze związków między religią i gospodarką twierdzą, że jedni i drudzy powoli przesiadają się do samochodów buddyjskich).
Setki fascynujących badań nad odmiennymi zachowaniami społeczeństw protestanckich i katolickich najprawdopodobniej w najmniejszym stopniu nie wpłynęły na przybliżenie poziomu zamożności w tych społeczeństwach, nie zwiększyły poziomu zrozumienia kapitalizmu w krajach katolickich, ani nie przyczyniły się do bardziej ekumenicznych relacji między tymi religiami. Być może wpłynęły one w jakiś sposób na twórców Wspólnej Polityki Rolnej i skłoniły polityków kilku krajów protestanckich do ogromnych inwestycji w modernizację wsi i rolnictwa w krajach katolickich, ale nikt tu oczywiście nie mówił o religii, a kierunek tego transferu pieniędzy ujawniały tylko statystyki.