Niewątpliwie najgoręcej dyskutowanym tematem w ostatnich tygodniach jest stan naszego państwa. Dobrze, że ma to miejsce w okresie przedwyborczym, kiedy w sposób naturalny wzrasta zainteresowanie tematyką społeczną. Opublikowanie długo oczekiwanego raportu zespołu badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej sprawiło, że uwaga opinii publicznej skupiła się na sytuacji w armii, a zwłaszcza na 36 pułku specjalnym, odpowiedzialnym za przewóz najważniejszych osób w państwie. Osobiś
- Urodził się Pan we Francji, a Pana miłością stała się Warszawa...
- Pobyt rodziców we Francji bardzo się przydał. Kiedy byłem w łonie matki, matka jeździła samochodem i patrzyła na piękne widoki Normandii, bo chciała, żeby te wrażenia oddziałały na dziecko. Pragnęła, żebym został malarzem. Podczas wojny z kolei chodziłem z ojcem ulicą Nowy Świat, gdzie ludzie wyprzedawali za bezcen obrazy. Można było nawet w bramach zobaczyć oryginalną pracę Matejki. Ojciec w czasie tych spacerów opowiadał mi o malarzach. W czasie okupacji z wujkiem, który był prawnikiem, ale miał zainteresowania historyczne, chodziliśmy po ruinach Warszawy i "obwąchiwaliśmy" cegły, bawiliśmy się w odkrywanie przeszłości Warszawy poprzez architekturę. Wszystko to spowodowało, że zostałem badaczem dawnej architektury.
Gdy spaceruję ulicami Warszawy, nakładają mi się różne obrazy; teraźniejsze i te z przeszłości danego miejsca. Stałem się niewolnikiem tego miasta. Jestem taką pastorałką lub latarnią gazową z ulicy warszawskiej. Dlatego, gdy teraz Warszawę oblepia się reklamami i niszczy się jej tożsamość, doprowadza mnie to do szału.
- Jak znalazł się Pan w Łazienkach?
- W Łazienkach byłem już jako zuch, zwiedziłem Belweder, a w 1940 roku razem z matką widzieliśmy, jak Niemcy cięli pomnik Chopina. Matka płakała, bo pamiętała czas odsłonięcia pomnika. W okresie powojennym przychodziłem tu na wagary. Pałac był spalony, niezabezpieczony, chodziłem po zrujnowanych wnętrzach, sufity były zawalone, rotunda osmalona. Niemcy wywiercili otwory na dynamit, ale nie zdążyli pałacu wysadzić w powietrze. Zabrakło być może niszczycielom środków, bo zajęci byli wysadzaniem Zamku Królewskiego.
Początkowo przez 10 lat pracowałem w Muzeum Narodowym i w tym czasie profesor Stanisław Lorentz obserwował moje działania. Gdy zaproponował mi funkcję kustosza w Łazienkach, trzy dni zastanawiałem się, czy objąć to stanowisko. Miałem dopiero 29 lat i bałem się tego wyzwania. 1 lutego 1960 roku zostałem kustoszem, odrestaurowanych było wówczas pierwszych siedem sal, reszta była spalona, nie odbudowana.
- I stopniowo zaczął Pan przywracać Łazienkom czasy ich świetności...
- Zacząłem od studiowania materiałów archiwalnych, do których wcześniej nie sięgano. Kierowała mną pasja, ślęczałem w szpargałach, tworzyłem propozycje zmian w projektach wystroju wnętrz, a następnie w ich wyposażeniu. Znajdowałem rekwizyty z Łazienek w różnych miejscach i walczyłem o nie, wydobywałem je zwłaszcza z Muzeum Narodowego. Jeśli ktoś siedział na fotelu należącym do Łazienek, wyciągałem go spod niego. Miałem trzydzieści kilka lat i szaloną energię. Gdybym był starszym człowiekiem, to pewnie bym tego wszystkiego nie dokonał. W odbudowaniu Łazienek i ich rekonstrukcji zbiegło się wszystko: zainteresowania, wspomnienia, przykład moich przełożonych. Pragnąłem te wnętrza przywrócić społeczeństwu, udostępnić zwiedzającym. Musiałem ciągle w Łazienkach walczyć, ale uważałem, że cel jest słuszny. Pochłonęła mnie ogromnie postać króla, urządzanie wszystkiego z drobiazgów, przywracanie temu miejscu jego przeszłości. Reperowaliśmy rzeźby, obrazy, żyrandole. Przeprowadziliśmy zabiegi konserwatorskie i rekonstrukcyjne przy 400 obiektach. Była to "wielka rzecz". W Parku Łazienkowskim zadomowiły się po wojnie różne instytucje i prywatni mieszkańcy: doprowadziłem do pozbycia się ich. Gdyby nie szczególna "opieka" króla nie wiem, czy podołałbym wszystkiemu. I tak oto Łazienki zostały odrestaurowane i zjednoczone. Jednak boleję, nad tym, że w panowaniu nad przestrzenią miasta i nad zabytkami mamy często do czynienia z dyletantyzmem.
- Co z tym robić?
- Trzeba walczyć piórem, lać zimne prysznice na rozpalone głowy, które tylko węszą interes. Nie odpowiada mi to, co się dzieje obecnie w Polsce pod względem architektonicznym. Nie znaczy, żebym był bezkrytycznym zwolennikiem tego, co się działo. Wcześniej jednak żyła dawna inteligencja z właściwym smakiem, która oddziaływała ona na różnych młodych politykierów, mających kompleksy. Odbudowanie Zamku Królewskiego to też była zasługa starszej generacji. Teraz jest znacznie trudniej ingerować, bo młodzi wiedzą "lepiej", nie dostrzegając degrengolady społecznej i kulturalnej. Jestem pesymistą. Trzeba szukać i kreować wartości indywidualne, gdy w świecie panuje pod tym względem kryzys. Trzeba działać słowem, pamiętać o ideach. Należy o tym przekonywać zwłaszcza polityków. Duch, idea są siłą większą niż najlepiej przygotowane armie.
- Czy Łazienki są terenem walk?
- To jest ziemia ognista, ma tu miejsce cały czas zmaganie się z siłami zewnętrznymi i wewnętrznymi. Łazienki są dla mnie najważniejszym punktem w Polsce, o który walczę od lat kilkudziesięciu. Nie szedłem na kompromisy, choć byłoby to dla mnie korzystne. Tak naprawdę mogę wyznać i podsumować teraz, że miałem ciężkie życie tu, w tym najpiękniejszym miejscu. Posiadam jednak do rzeczywistości dystans. Równowagę czerpię z pracy naukowej i malowania. Schodzę ze świata z pewną satysfakcją, że nie zmarnowałem życia. W Belwederze, który niegdyś należał do zespołu parkowo-pałacowego Łazienek zmieniają się prezydenci, a ja tu trwam.
- Kto z Polaków jest Panu najbliższy?
- Niewątpliwie Stanisław August. Nasz ostatni król traktowany jest jako postać kontrowersyjna, a nikt nie pamięta, jak trudne były wówczas czasy i jak dużo właśnie w tych okolicznościach zrobił. Nie będę wymieniał wszystkich jego projektów, reform i działań, bo musiałbym zawstydzić współczesnych.
- Uczestniczył Pan w odbudowie Zamku Królewskiego. Wspomniał Pan kiedyś, że wśród społeczeństwa zapanował wówczas ogromny entuzjazm...
- Społeczeństwo było zmaltretowane przy końcu lat 60-tych różnymi kryzysami gospodarczo-politycznymi. Nastąpiły zmiany w sferach rządzących i ktoś wpadł na pomysł, i słusznie, by odbudować Zamek. Chodziło o udobruchanie społeczeństwa, o danie ludziom pewnej idei. Problem odbudowy Zamku Królewskiego nigdy nie zanikł, ale był odsuwany. Istniały bowiem siły antypolskie, które dążyły do tego, by Warszawie nadać zupełnie inne oblicze, bynajmniej nie wiążące jej tak bardzo z przeszłością. Z koncepcją odbudowy zwrócono się do dyrektora Muzeum Narodowego profesora Lorentza, który cały czas czynił starania, by Zamek Królewski znowu był częścią pejzażu Warszawy, Polski i jej historii. W Muzeum Narodowym znajdowało się dużo różnych elementów uratowanych w 1939 roku. Podczas okupacji, kiedy Niemcy burzyli Zamek, wiele rzeczy wówczas zostało przewiezionych do Muzeum. Te elementy posłużyły do odbudowy. Zapadła decyzja, powołano komitet, trzeba było znaleźć dyrektora Zamku. Profesor Lorentz wybrał mnie, ponieważ miałem za sobą urządzenie Łazienek i Królikarni. Nie chciałem rzucać Łazienek. Wahałem się. "Łazienki są za małe jak na Pana temperament" - stwierdził Profesor i zostałem w końcu dyrektorem. Zaangażowałem się bardzo w prace odbudowy Zamku Królewskiego. Po pół roku jednak wycofałem się z przedsięwzięcia, ponieważ doszedłem do wniosku, że będę musiał zrezygnować z kierowania Łazienkami i nie będę mógł kontynuować mojej działalności naukowej. Zaproponowałem więc, żeby Andrzej Rottermund przejął moje obowiązki, a ponieważ był młodszy ode mnie, szefem Zamku został wówczas prof. Aleksander Gieysztor. Nie miałem siły na prowadzenie dwóch instytucji.
Społeczeństwo przyklasnęło idei odbudowy Zamku, włączało się w różne działania, uczestniczyła w tym również Polonia. To była sprawa bardzo pozytywna po marazmie, ciężkich przejściach z końca lat 60-tych. Czuło się nowe tchnienie.
- A jak dziś możemy walczyć z głupotą i niewłaściwymi decyzjami?
- Żeby się bronić trzeba mieć środki - są nimi media. Ale nasze media są dzisiaj niestety w głównej mierze w rękach obcych, więc o czym tu mówić. Polska jest największym krajem, który rzucony był po wojnie z nie naszej woli lecz sił międzynarodowych w ramiona systemu totalitarnego, nieżyczliwego nam i niszczącego. A przecież nasi żołnierze walczyli na różnych frontach Europy. Polscy, wspaniali lotnicy bronili Londynu, a nie pozwolono im wziąć udziału w defiladzie wolności. Boli mnie zawsze serce gdy myślę o tej niesprawiedliwości i niewdzięczności. Jestem dość niezależny w tych opiniach, ponieważ do niczego nie należę i z nikim nie trzymam. Jestem samotnikiem. I patrzę na wszystko z Łazienek, miejsca, jak stwierdził poeta, skąd najlepiej widać Polskę.
- Norwid pisał: "Cóż wiesz o pięknem?... Kształtem jest miłości..." W Łazienkach ma Pan wyjątkową inspirację do pracy.
- Ten napis wyryty jest na pomniku Norwida w Łazienkach.
Stworzyłem tu panteon Polaków. Postawiłem w parku 26 rzeźb, w tym kilkanaście popiersi wybitnych rodaków m.in.: Wysockiego, Bema, Mochnackiego, Stanisława Augusta i Wyspiańskiego. Są oni obecni w Łazienkach, gdyż chcę żeby młodzież poznała tych wielkich Polaków w scenerii Łazienek.
- Wyspiański tak bardzo zachwycił się Warszawą, że przyćmiła mu przez chwilę blask Krakowa. Co mu się spodobało w dawnej Warszawie?
- Głównie Łazienki. Przyszedł tu, stanął przy Amfiteatrze i patrząc na dekoracje sceny - ruiny, rzeźby i bezlistne drzewa skonkretyzował koncepcję "Nocy Listopadowej". W miejscu, w którym stał postawiłem jego popiersie. Łazienki więc są wyjątkowym zabytkiem. Istnieją jednak osoby pragnące zniszczyć charakter Łazienek. Chcą by tu wszyscy mogli biegać i chodzić po trawnikach, jak w Central Parku. Nie, nie pozwolę na to, póki żyję!
W Łazienkach Północnych np. grupa ludzi niekompetentnych organizuje działania pod szyldem "sport dla dzieci", a są na to przecież tereny, tuż obok, nad Wisłą.
- Przyszedł mi teraz do głowy zielony teren przy Muzeum Narodowym w Amsterdamie, gdzie ludzie leżą sobie na trawie...
- Mamy do tego celu Las Bielański i Las Kabacki. Łazienki są pomnikiem, zabytkiem. Cieszmy się nim. Zabytki powinny być otaczane czcią, są miejsca, gdzie tworzy się na nie nawet zbiorowy snobizm. Niedługo może być tak, że będziemy w cholewach wchodzić do teatru albo w zabłoconych butach na przyjęcie. Nie, to nie jest Hyde Park. Spacerując w Łazienkach możemy poczuć się królewsko.
- Czy da się odwrócić proces niszczenia cennych miejsc?
- Obawiam się, że rodacy zbyt łatwo ulegają złym przykładom. Są politycznie niedojrzali, kłócą się, tracą perspektywę. Tak więc winę za wiele nieszczęść ponoszą sami Polacy i ich egoizm.
- Pan tworzy i opiekuje się miejscem, które stanowi naszą chlubę. Władysław Tatarkiewicz twierdził, że Łazienki to najpiękniejszy park świata. Czym jeszcze oprócz Łazienek możemy się poszczycić?
- Chlubą Polski jest sztuka dawna, nie współczesna. Nikt mi nie wmówi, że to co się obecnie wystawia w Zachęcie i Zamku Ujazdowskim jest wartościowe. Twórczy jest powrót do natury, do formy, realistycznej i wypełnionej treścią czytelną. Gdy ludzie rozumieją sztukę, to wtedy inspiruje ich ona do działań pozytywnych. Dawna sztuka prowokowała do myślenia. I gdyby nie twórczość takich artystów jak Matejko, Grottger, Chełmoński, Gierymscy, Malczewski i Wyspiański - wśród malarzy, a Chopin, Moniuszko, Paderewski - wśród muzyków i Sienkiewicz czy Żeromski, to nie wiem, czy odrodziłaby się Polska.
- A sztuka ludowa? Ceni ją Pan, gdyż stworzył Pan Muzeum Architektury Drewnianej w Suchej.
- Sztuka ludowa w pewnym sensie była odbiciem sztuki dworskiej, była nawet swego czasu propagowana. Teraz jednak, przy ogólnych przemianach ona również podupada na rzecz bubli.
- Jakie obiekty tworzą Pański skansen?
- Na osi bramy wjazdowej stoi drewniany XVIII-wieczny dwór barokowy, gniazdo rodu Cieszkowskich. Obiekt ten ocaliłem od rozpadu i teraz można zwiedzać go jako typowy przykład siedziby szlacheckiej. Na posesji stoi drugi dwór, ale już przeniesiony ze wsi Rudzienko i jest on klasycystycznym zabytkiem budownictwa drewnianego. Przeniosłem również dwie chaty, trzy spichlerze, stodołę, maneż, wiatrak, karczmę, trzy domki miejskie, plebanię, wikarówkę, organistówkę i dzwonnicę. Wszystkie te obiekty pochodzą z XVIII, XIX i początku XX wieku. Natomiast według własnego projektu zbudowałem kaplicę w stylu podlaskim dla kilkunastu osób.
To dzieło mego życia chcę przekazać Narodowi - powiatowi węgrowskiemu i Samorządowi Województwa Mazowieckiego, by nadal ten obiekt muzealny, utrzymywany w dobrej kondycji, pełnił swą funkcję.
- Co Pana pchało do przodu przez te wszystkie lata?
- Byłem wychowany w kulcie ważnych wartości, szacunku dla tradycji. Straciłem wcześnie ojca i miałem poczucie odpowiedzialności za bliskich, gdy zacząłem pracować. Ukształtowało mnie wychowanie przedwojenne i okupacyjne. A przede wszystkim zakochany jestem w pewnej idei. Jestem chory na polskość i gdzie mogę to podejmuję działania na rzecz Polski. Niestety, Polaków niszczą przede wszystkim Polacy. Polak Polakowi Polakiem, to moje twierdzenie. Kieruje mną jednak zawsze idea polskości. Polskość to jest dla mnie przywiązanie do ziemi nad Wisłą. Mogłem zostać w Ameryce, robić karierę w zakresie historii sztuki i zostać tam dyrektorem muzeum. Nie, chciałem wrócić do Polski i tu działać. Ludzie, którzy nie mają idei są ubodzy, są frustratami. Mnie też nie udało się zrealizować wielu rzeczy, na przykład chciałem opłynąć kulę ziemską. Marzyłem też o tym, żeby zwiedzić Afrykę. Teraz mnie to już nie pociąga. Sucha, dwór i skansen odciągnęły mnie od marzeń o świecie. Tak mnie zaabsorbował ten fragment ojczyzny, tworzenie go, że przestałem marzyć o podróżach. Jestem chory na polskość.
Marek Kwiatkowski - profesor historii sztuki, muzeolog, animator życia kulturalnego, malarz. Od blisko pół wieku związany z Łazienkami Królewskimi, najpierw jako kurator, a od 1986 r. - dyrektor. Autor setek publikacji oraz trzydziestu książek poświęconych sztuce i dziejom Warszawy. Nagradzany za niestrudzoną, długoletnią ochronę zabytków polskiego dziedzictwa narodowego m.in. jest wyróżniony tytułem "Honorowy Obywatel Warszawy" i odznaczony Orderem Uśmiechu. Jego zasługą jest scalenie unikatowego zespołu pałacowo-parkowego Łazienki Królewskie i przywrócenie mu dawnej świetności, jako symbolu dziejów historycznych i narodowych. Odrestaurował XVIII-wieczny dwór w Suchej, gdzie stworzył prywatne Muzeum Architektury Drewnianej Regionu Siedleckiego. Do skansenu sprowadził ok. 20 unikatowych obiektów z podlaskich wsi i miasteczek. W ciągu 12 lat muzeum odwiedziło ponad 120 tysięcy osób. Profesor, wraz z żoną Marią Ireną, planują przekazanie zgromadzonych w Suchej zabytków architektury drewnianej wraz z ich wyposażeniem mieszkańcom ziemi węgrowskiej.