Niewątpliwie najgoręcej dyskutowanym tematem w ostatnich tygodniach jest stan naszego państwa. Dobrze, że ma to miejsce w okresie przedwyborczym, kiedy w sposób naturalny wzrasta zainteresowanie tematyką społeczną. Opublikowanie długo oczekiwanego raportu zespołu badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej sprawiło, że uwaga opinii publicznej skupiła się na sytuacji w armii, a zwłaszcza na 36 pułku specjalnym, odpowiedzialnym za przewóz najważniejszych osób w państwie. Osobiś
Dziś wilia Marysieńko - od rana (4 rano) praca na sali, wszyscy przygotowali do wieczerzy potrawy. Ja nie robiłem nic, bo goliłem i ogoliłem 22 kolegów.
Jako delegat składałem życzenia na innych salach, a poza tym byłem złożyć życzenia Sosnowiczanom. Wilia była na naszej sali bardzo uroczysta - 15 panów.
Prycza i stół nakryte były prześcieradłem - choinka maleńka, opłatek własnej roboty i siano. Najpierw komendant sali major, zagaił, później krótkie przemówienie mecenasa - dzielenie się opłatkiem, kanapki, naparstek wódki, kanapki ze śledziem siekanym, kartofelszot, herbata, ryba smażona, kasza z kisielem, jabłka, kolędy przy choince zapalonej, a potem część humorystyczna - za gardło ściskało, ale bractwa trzymało się.
Cały czas myślałem a Tobie kochanie i Bożence i życzę Ci Marysieńko wszystkiego najlepszego i spotkania się ze mną, oraz aby nasze życie układało się później jeszcze lepiej i pogodniej niż dotychczas - również i Bożence, by zdrowa była i wyrosła nam na pociechę. Myślę, że Ty również kochanie wiesz, że tu jestem, myślałaś o mnie. Przykro mi bardzo, że muszę tutaj spędzać wilię, a nie z Tobą Marysieńko.
Jakubowicz Dobiesław, "Pamiętniki znalezione w Katyniu" z przedmową Janusza Zawodnego. EDITIONS SPOTKANIA Paris-Warszawa 1990 s. 43
Kresem wędrówki ziemskiej W obozie była Trupiarnia, duży barak położony między kuchnią a pomieszczeniem dla kobiet ciężarnych, do którego kierowano więźniów niezdolnych do prac: przed ostatecznym skreśleniem z listy żywych. Trupiarnia bowiem oznaczała tylko zwolnienie od tortury pracy, nie przynosiła natomiast zwolnienia od męki głodu. Wprost przeciwnie, głód staje się naprawdę groźny i prowadzi na krawędź obłędu dopiero w okresach bezczynności, kiedy jest osób czasu na to, aby go sobie dokładnie uprzytomnić, aby nasycić myślą o nim każdą minutę nieruchomego leżenia na pryczy.
Boże Narodzenie obchodzone było w sposób nieoficjalny i prawie zakonspirowany. "Wszystkie święta o charakterze religijnym wymazane zostały z kalendarza sowieckiego jak najskrupulatniej, ustępując miejsca rocznicom historycznym związanym z rewolucją październikową i żywotami komunistycznych świętych, na wolności niedzielę zastąpił oficjalny "wychodnoj dień", przypadający z reguły w poniedziałek.
W czasie pierwszego Boże narodzenia w roku 194O uderzył mnie w wigilię uroczysty wygląd baraku i duża ilość więźniów z zaczerwienionymi od płaczu oczami. "Wszystkiego najlepszego - mówili, ściskając mi rękę - na przyszły rok na wolności". To było wszystko. Ale kto zna obóz sowiecki, ten wie, że było to bardzo wiele. Gdyż słowa "wolność" nie wzywa się w Rosji nadaremno. Boże Narodzenie 1941 roku postanowiliśmy uczcić w sposób wyjątkowy właśnie dlatego, że witaliśmy je znowu z uczuciem zupełnej beznadziejności. Wieczorem do Trupiarni przyszła pozostała czwórka Polaków i zanim zaczęliśmy się łamać przechowywanym specjalnie na tę chwilę chlebem, pani Z. ofiarowała każdemu z nas chusteczkę z wyhaftowanym orzełkiem, gałązką jedliny, datą i monogramem. Trudno było dociec, jak potrafiła zdobyć na ten cel nici i cienkie płócienko, a jeszcze trudniej uwierzyć, że mimo ciężkiej pracy na bieży drzewnej poświęcił na ich wyszycie co najmniej pięć wieczorów. każdym razie dotykaliśmy tych chusteczek z nieśmiałą radością przechowuję swoją do dzisiaj! i zapomnieliśmy dzięki nim na chwilę, że cała nasza wieczerz wigilijna miała się składać z kromki chleba i kubka wrzątku. Było zapewne coś budzącego mimowolny szacunek w tej gromadce ludzi pochylonych nad pustym stołem i płaczących z tęsknoty z dala od swej ojczyzny, bo mieszkańcy Trupiarni przyglądali nam się z prycz z powaga, a Dinka i Sadowski wyszli szybko do żony. Późnym wieczorem rozmowa potoczyła się nieco żywiej i do dziś pamiętam opowiadanie B. "którego jako oficera rezerwy wojsk polskich aresztowano y baraku nazajutrz o wybuchu wolny rosyjsko-niemieckiej i osadzono w centralnym izolatorze. B. rozpoczął niechętnie większość więźniów ma zabobonny lęk przed wspominaniem śledztwa i wszystkiego, co się z nimi działo od chwili aresztowania do wyroku!, ale w miarę mówienia nabrał rozpędu, jakby sprawiało mu ulgę to wyjawienie przeżyć osłoniętych zazwyczaj w obozie tajemnicą, a kiedy skończył, Trupiarnia pogrążona już była w głębokim śnie.
Gustaw Herling-Grudziński "Inny świat." Czytelnik. Warszawa 1997 s. 274-2b" 3/7. 2000
Specjalny czas w tych pierwszych miesiącach niewoli - to Adwent. Nigdy dotąd nie przeżywałem tak dogłębnie tego okresu. Bolesne oczekiwanie na Narodzenie, z dala od domu, zupełnie poza Polką, gdzieś w bezkresnych lasach na Białorusi, choć prawdziwie to na dawnych ziemiach koronnych. Im bliżej świąt, tym nastrój stawał się coraz trudniejszy do zniesienia tak dla nas, ja i chyba dla władz bolszewickich, bo dwa razy w tym czasie zrobiono nam niespodziewaną rewizję i apele - liczenia. Zaczęła się wtedy w grupach intensywna, tajna nauka języków. Aż przyszedł ten trudny dzień wigilijny. Jak już wspomniałem:, poprosiłem ańkę o mąkę na opłatki. Trochę przypominały macę, ale były. Nawet w tamtych trudnych warunkach udało nam sio zorganizować święta. Każdy w moim sektorze dostał nawet malutki podarek. przed dzieleniem się opłatkiem wysłaliśmy najmłodszego, aby zobaczył, czy już świeci gwiazda. wśród nocnej ciszy zaczęliśmy wigilię. Najstarszy z nas przeczytał wyjątek z Pisma Świętego, który odpisałem z mszalika pewnego majora, szczęśliwego posiadacza takiego skarbu, i składaliśmy sobie życzenia. wszystko, posiłek też, zakrapiano sztucznym humorem, aby jakoś przebrnąć. śpiewanie kolęd nie szło. wziąłem na siebie mycie naszych naczyń, ale pod warunkiem, że każdy opowie swoje ostatnie Boże Narodzenie pomarzy, jak chce przeżyć następne. Po dwóch godzinach wszyscy chcieli być sami ze swoimi myślami. można było uczynić to tylko na swojej pryczy. Wyjść w nocy nie było wolno.., choć tak pięknie było na świecie nieskalany śnieg, cisza, niebo roziskrzone gwiazdami i myśl które tylko modlitwą się uskrzydlały. Około wpół do jedenastej przyszli bojcy i politrucy. Kręcili głowami na widok gałązek świerkowych ustawionych na środku pokoju między pryczami, i białego płótna, na którym leżał opłatek i szopeczka, owoc miesięcznej pracy porucznika-górala, który bar tęsknił za Doliną Roztoki i swoją mamą. Wspaniale też gwizdał i grał na grzebieniu. Był specjalistą od robienia ludziom przyjemności i różnych przysług. Na imię miał Zbyszek, ale nazwiska nie pamiętam.
Ks. Zdzisław Peszkowski "Wspomnienia jeńca z Kozielska". Wydawnictwo Archidiecezji Warszawskiej. 1989 s. 22 -23
Wczoraj byliśmy wszyscy fotografowani. Wracając przez las zbieraliśmy gałązki, by zrobić choinkę. Sporządził ją mjr Podolski. Dziś wigilia, płatek zrobiony przez kolegów, stół nakryty prześcieradłem - choinka malutka ubrana piernikami i papierosami. Pokój mój - 40 kolegów - dzielimy się opłatkiem i wśród szlochów i łez składamy sobie życzenia, a całą duszą i sercem rwie się każdy z nas do najdroższych. P. opłatku chleb ze śledziem i herbata. Nie mogę nic przełknąć. Oddalam!?! się od mej pryczy i łkając, Ślę swe życzenia Stefie i Hance i wszystkim moim drogim gorącą modlitwą. Jak na spędza wigilię? Z kim ? Północ, zasypiam, gdy zbudził mnie dyskretny, cichy chór kolęd. To chór kolegów tak piękny i tęskny, i rzewny, że znów ze wszystkich pryczy rozlega się tłumiony szloch, w którym czuć tęsknotę, rozpacz własną straszną niemoc.
N.N. "Pamiętniki znalezione w Katyniu" z przedmową Janusza Zawodnego EDITIONS SPOTKANIA Paris-Warszawa 1990, s.244
Jechaliśmy torem przerzuconym przez śniegiem zasypaną tajgę. Sosny i świerki, czasami kępa brzóz. Las był ogromny jak morze, las który - zdawało się - nigdy nie skończy. I śnieg ! Biały, puszysty, czysty, bez żadnych śladów, nie dotknięty ludzka nogą, płozami sań.
Noce były gwiaździste i jasne. Patrząc na gwiazdy przypomniałem sobie jak na Wigilię czekaliśmy na pierwszą gwiazdkę by zasiąść do stołu. Jest w Polsce taki piękny zwyczaj, że raz do roku na Wigilię zjeżdżają się do jednego domu członkowie rodziny nawet najdalszej by zasiąść razem do wieczerzy wigilijnej. Tradycyjnie zaczyna się już, gdy pierwsza gwiazdka ukaże się na niebie. Tym oczekiwaniem na gwiazdkę obarczali rodzice dzieci. Wieleż to razy siedziałem przy oknie i wypatrywałem jej z niecierpliwością, bo po kolacji, po odśpiewaniu kolęd można było rozpakować prezenty leżące pod choinką.
Patrząc na mroźne, iskrzące się gwiazdami niebo rosyjskie, przypomniało mi się Boże Narodzenie. Straciliśmy rachubę czasu, dnie były podobne jeden do drugiego.
- Czy ktoś wie, co za dzień dzisiaj mamy? - zapytałem.
- Styczeń - ktoś odpowiedział na dolnej pryczy.
- Którego?
Cisza, nikt nie wiedział. W każdym razie już jest po Bożym Narodzeniu. Kiedy ono było? Gdzie je spędziliśmy? Z posiołka wyszliśmy 17 grudnia, zacząłem liczyć. Szliśmy kilka dni do Chołmogorki i Boże Narodzenie musieliśmy spędzić w Chołrnogorce, ale najpełniej w pierwszym dniu w pociągu do Wołogdy. Bóg się rodził gdy, "wysoki" wypuścił z ręki kość, którą obgryzał, i obsunął się na ziemię, gdy siedzący przy piecu starzec nie miał siły zjeść ostatniej kromki chleba, gdy anonimowi "kołchoźnicy" konali na deskach prycz wracając z robót pod Murmańskiem. Bóg zapomniał o tych ludziach w tysiącach wagonów, na setkach stacji, w noc Swojego narodzenia. Ale Chrystus rodził się daleko, daleko na południu. Tu urodzić się nie chciała gdyby nawet się tu urodził zginąłby, jak te dzieci, które pomarły w czasie podróży i w pierwszych miesiącach pobytu na osiołku. Trzej królowie siedzieliby na Łubiance. Minął dzień Bożego Narodzenia nie zauważony nawet. I że to i dobrze, bo święta i wspomnienia roztkliwiają człowieka, czynią słabym. Czemu te myśli chodziły mi po głowie? Po co notuję je w pamiętniku? Bóg zapomniał o nas, dlaczego ja o Bogu mam pamiętać?
Romuald Aernik "Białe noce i czarne dnie". Wydawnictwo "Norton" Wrocław 1995 s.28-30
Do Bożego Narodzenia jakoś zeszło. Pragnęliśmy te święta, ostatnie na trzeciej fermie, spędzić w lepszym nastroju i bardziej uroczyście. Postanowiłam zrobić coś, co przypominało choinkę. Wyszukaliśmy wśród karaganniku, jeden krzew najwyższy i najbardziej rozłożysty. Miał wysokość około 70 cm. Zbyszek wystrugał z deszczułek malutki krzyżak i oprawił tę bezlistną gałązkę. Reszta należała do mnie. Ugotowałam dużą marchew i pokroiłam ją w plastry. Następnie przewlekłam na wełnianej cienkiej nitce i zawiesiłam te pomarańczowe okrągłe kółka na naszej choince. Wypłukałam też kilka maleńkich zmrożonych i lśniących rybek. One także ładnie prezentowały się na choince. Zawiesiłam również swoje maleńkie różańce błyszczące, zrobione z drobniutkich paciorków złocistych i żółtych. Z gazety wycięłam miniaturowe baletnice. Włosy i twarze wymalowałam farbami, jakie otrzymałam rok temu w prezencie od Rosjanki z Semipałatyńska, która dwukrotnie była na fermie, jadąc w te strony, w osobistych sprawach.
Moje baletnice miały kolorowe spódniczki ściągnięte w pasie nitką. Trzeba było się przyjrzeć, że to pomalowana gazeta. Wszystko to wisiało na gołym krzaczku, owiniętym bardzo cienką i delikatną warstewką białej wełny owczej, z merynosów. Marchewka i różańce najbardziej kolorowo i lśniąco przebijały przez rozciągniętą wełnianą pajęczynę. Pajęczyna ta dodawała uroku. P. Trzcińska wyszukała gdzieś małą kuleczkę stearyny ze świecy i z tego zrobiłam pięć miniaturowych świeczek, o długości 2cm i średnicy 1/2cm. W wieczór wigilijny zabłysły na moment te miniaturowe świeczki. To było bardzo wzruszające i niecodzienne. W miejsce opłatka, jedna rodzina częstowała drugich, po jednym pierogu z kartofli, życząc doczekania powrotu do kraju. Ziemniaki specjalnie przechowywaliśmy na te święta. Każda z pracownic wykupiła przez kilka dni chleba na kartki, żeby wykupić więcej na święta. Był chleb, były pierogi, była choinka. Nasz księgowy Durkin dał wszystkim Polakom po jajku. Była radość, że nie jesteśmy głodni i że niedługo wyjedziemy do kraju. Durkin przyszedł do Polaków i prosił żeby śpiewać kolędy. Lubił je. W tym roku i Kazachy zainteresowali się polskimi świętami. Przyszli oglądać polską choinkę i cmokając z podziwu i z zachwytu prosili by im sprzedać tą polską "ijołkę". Nie mogli zrozumieć, że nawet taka imitacja choinki nie mogła być na sprzedaż.
Perkowska Danuta, "Pamiętnik z lat 1940-1946", Związ. Sybir. O/Kielce. (Wybór: J. Chmielewski)