Niewątpliwie najgoręcej dyskutowanym tematem w ostatnich tygodniach jest stan naszego państwa. Dobrze, że ma to miejsce w okresie przedwyborczym, kiedy w sposób naturalny wzrasta zainteresowanie tematyką społeczną. Opublikowanie długo oczekiwanego raportu zespołu badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej sprawiło, że uwaga opinii publicznej skupiła się na sytuacji w armii, a zwłaszcza na 36 pułku specjalnym, odpowiedzialnym za przewóz najważniejszych osób w państwie. Osobiś
Porządek międzynarodowy w okresie transformacji: stare i nowe odniesienia
Jest już taka moda wśród analityków stosunków międzynarodowych, że co pewien czas, w miarę rozwoju tych stosunków, rodzi się zapotrzebowanie na dekretację nowego ładu. Kiedyś robili to historycy w oparciu o wielkie daty i wydarzenia, takie jak początki lub zakończenia wielkich wojen, rewolucji lub zamachów, obecnie czas jakby płynął szybciej i wielkie daty – jak choćby 11 września 2001 r. – już nie wystarczają i poszukuje się innych odniesień. Niekoniecznie muszą to być związki z polityką, z wojnami lub pokojem, coraz częściej są to związki z gospodarką, modelem polityczno-gospodarczego i cywilizacyjnego rozwoju. Taką cezurą w stosunkach międzynarodowych był upadek komunizmu. To w odniesieniu do tego wydarzenia Francis Fukuyama mówił o końcu historii, wieszcząc, że odtąd skoro zwyciężył model liberalno-demokratyczny, to nic nowego w historii już się nie zdarzy, co mogłoby podważyć ten system, przyjmowany masowo przez kraje uwolnione od komunizmu.
Później nie było już tak dobrze i jednoznacznie, zwłaszcza w odniesieniu do oczekiwanej powszechnej akceptacji zwycięskiego modelu ustrojowego, mimo iż w gospodarce liberalizm nadal zdawał się święcić triumfy. Niestety w warunkach globalizacji i deregulacji światowej wymiany, prowadzącej nie tylko do nieokiełzanej swobody przepływu środków produkcji, ale także do dyfuzji wszelkich patologii, czemu sprzyjało osłabienie funkcji kontrolnej państwa narodowego i wzrost roli tzw. aktorów niepaństwowych, zaczęło dochodzić do procesów i zjawisk, nad którymi coraz trudniej było zapanować, a nawet nikt już zapanować nie mógł.
Po jednej stronie tego bieguna globalizacji tkwiły Stany Zjednoczone, z gigantycznym PKB (26% światowego), ale proporcjonalnie jeszcze większym deficytem handlowym i zadłużeniem wewnętrznym, z coraz mniejszym sektorem gospodarki wytwórczej, ale za to z coraz większym sektorem ekonomii finansowej, z drugiej strony reszta bogatego świata (Unia Europejska, Japonia), do którego szybko dołączały nowe potęgi gospodarcze: Chiny, Indie, Rosja, Brazylia. Biedni, coraz szerszy margines Trzeciego Świata, przede wszystkim Afryka, już dawno przestali się liczyć, a nawet jak to było jeszcze w latach 70-tych XX wieku, zgłaszać postulaty nowego, sprawiedliwego ładu. Ten układ miał wiele cech symbiozy, spinanej słabym, ale nadal nie mającym alternatywy dolarem, jako pieniądzem światowym. To przede wszystkim dlatego Ameryka mogła sobie pozwolić na niebotyczne deficyty, w tym budżetowy i handlowy, sprzedając bony skarbowe Chinom i innym eksportującym coraz więcej do USA krajom. Ameryka też stała się krajem o największym udziale usług w tworzeniu PKB, w tym usług finansowych...