Niewątpliwie najgoręcej dyskutowanym tematem w ostatnich tygodniach jest stan naszego państwa. Dobrze, że ma to miejsce w okresie przedwyborczym, kiedy w sposób naturalny wzrasta zainteresowanie tematyką społeczną. Opublikowanie długo oczekiwanego raportu zespołu badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej sprawiło, że uwaga opinii publicznej skupiła się na sytuacji w armii, a zwłaszcza na 36 pułku specjalnym, odpowiedzialnym za przewóz najważniejszych osób w państwie. Osobiś
Świat i Ameryka po Bushu
Świat pierwszych dziewięciu lat XXI wieku to ciągle świat dominującej roli Ameryki, ale tak jak marzec, pierwszy miesiąc wiosny (zwany przez Rzymian Marsem, od imienia Boga Wojny) wprowadzał przełom – w pogodzie i w planach wojskowych – tak ta pierwsza dekada nowego wieku wprowadzić może nieodwracalne zmiany w polityce globalnej, w tym także w pozycji nadal jedynego supermocarstwa, jakim są USA. Można powiedzieć, że prawie na pewno stoimy u progu nowego porządku międzynarodowego, bo symptomów kryzysu lub po prostu zmian jest tak wiele, że mówiąc za Marksem – zmiany ilościowe przechodzić będą w jakościowe. Czy będą to zmiany na lepsze? Nic na to nie wskazuje. Wręcz przeciwnie, ciężar problemów zaczyna przeważać nad pozytywnymi objawami. Tych ostatnich nie jest zresztą tak wiele. Niewątpliwie należy do nich wybór Baracka Obamy na 44 prezydenta Stanów Zjednoczonych. To dziwnie brzmiące nazwisko – dopóki się nie przyzwyczaimy – budzi ogromne nadzieje i to nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Europa, gdyby mogła głosować, głosowałaby także za Obamą (tak przynajmniej wskazywałysondaże). Skąd taka wiara, skąd oczekiwania i skąd tyle nadziei? Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Można powiedzieć, że bierze się to z głębi kryzysu, z otchłani zawodu poprzednimi rządami i ze spirali zdarzeń, w tym także tragicznych, które rozwinęły się po 11 września 2001 r. Wiele z tym wspólnego, może w decydującym stopniu, miała prezydentura Georga W. Busha. Prezydentura oznacza w praktyce nie tylko prezydenta, ale całe otoczenie, całą administrację, a więc i ideologię, w tym doktryny, a te były dziełem grupy nieco zawiedzionych swymi naukowymi karierami neokonserwatywnych ideologów. To oni wymyślili „wojnę z terroryzmem”, zmieniając Clausewitzowskie pojęcie wojny, to oni chcieli wprowadzać siłą demokrację tam, gdzie nigdy o niej nie słyszano (i słuchać nie chciano), to oni wymyślili doktrynę wojny wyprzedzającej, będącą wyzwaniem dla zasad i Karty NZ , to oni wreszcie przystali na prawnomiędzynarodowe uznanie Kosowa, w skomplikowanych uwarunkowaniach międzynarodowych, z czego szybko i przy pierwszej okazji, jaką była sprawa Osetii Południowej i Abchazji, skorzystała przede wszystkim Moskwa.
Zmiana warty w Waszyngtonie może być i pewnie będzie cezurą nie tylko w Stanach Zjednoczonych, lecz także w szerszym otoczeniu międzynarodowym. Będzie cezurą, bo nie do utrzymania była sytuacja, w której państwo nadal dysponujące 26% światowego dochodu, jeszcze większą przewagą innowacyjną, nie mówiąc o potędze militarnej, traciło w zastraszający sposób swoje wpływy i autorytet, osłabiając swoje przywództwo, a na tym przywództwie opierał się nie tylko los Ameryki, lecz także opierać się miał ład post-zimnowojenny, bo przecież Stany Zjednoczone weszły w ten ład w aureoli jedynego supermocarstwa. I trzeba powiedzieć, że przez blisko jedną dekadę przywództwo to, a raczej chęć utrzymania hegemonii, umacniali. Później jednak zdarzył się 11 września 2001, a jeszcze ważniejsze od tego w praktyce okazały się późniejsze wydarzenia: Afganistan i Irak. Zwłaszcza ten drugi przypadek, który obrósł w cały ciąg wydarzeń, na ogół o fatalnych skutkach dla Ameryki, świata zachodniego i chyba całego globu. Wyzwolił bowiem mitycznego Dżina tkwiącego w zakorkowanej butelce lub, jak kto chce, otworzył skrzynkę Pandory.