2012 Lutego 4
Realia Strona glowna
Sierpień NR 4 (25) 2011
Cien
Od redakcji

Niewątpliwie najgoręcej dyskutowanym tematem w ostatnich tygodniach jest stan naszego państwa. Dobrze, że ma to miejsce w okresie przedwyborczym, kiedy w sposób naturalny wzrasta zainteresowanie tematyką społeczną. Opublikowanie długo oczekiwanego raportu zespołu badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej sprawiło, że uwaga opinii publicznej skupiła się na sytuacji w armii, a zwłaszcza na 36 pułku specjalnym, odpowiedzialnym za przewóz najważniejszych osób w państwie. Osobiś

Archiwum Paweł Wieczorkiewicz Sierpień NR 4 (25) 2011

Klęska i triumf - rok 1920

Wojna polsko-rosyjska w roku 1920 była rezultatem zarówno realizacji polskiej racji stanu, która wymagała odbudowy Rzeczypospolitej w możliwie szerokich granicach, jak i ekspansjonistycznych planów Lenina i innych przywódców bolszewickich. Roman Dmowski, najwybitniejszy myśliciel polityczny ówczesnej doby, oceniając geopolityczne Polski położenie pisał: Na tej ziemi, na której się kończy Europa Zachodnia i która stanowi wyjście na rozległe równiny Wschodu [...], położonej między dwoma wielkimi państwami, Niemcami a Rosją, miejsca na małe, słabe państewko nie ma. Tu może istnieć tylko państwo wielkie1. Opinię tą podzielał Naczelnik Państwa Józef Piłsudski, który zwierzał się swym współpracownikom: W tej chwili Polska jest właściwie bez granic i wszystko, co możemy [...] zdobyć na Zachodzie, zależy od Ententy, o ile zechce ona mniej lub więcej ścisnąć Niemcy. Na Wschodzie to sprawa inna - tu są drzwi, które się otwierają i zamykają i zależy kto i jak szeroko siłą je otworzy ...

Piłsudski chciał wojny w pełnym wymiarze z kilku powodów (w ograniczonej, lokalnej skali trwała ona od roku 1918). Pisał później: postawiłem też sobie, niezależnie od nikogo, już w r. 1918 wyraźny cel wojny z Sowietami2. Inną przesłanką była potrzeba narodowego katharsis po kolejnych przegranych narodowych powstaniach: Naczelnik Państwa uważał, że wywalczenie Niepodległości drogą orężną znacznie podniesie jej wartość i nie pomylił się: tradycja zwycięstwa nad bolszewikami konsolidowała w okresie międzywojennym społeczeństwo i stała się fundamentem wychowania patriotycznego, które tak świetnie zaowocowało w latach II wojny światowej. Kwestią nieobojętną pozostawał wreszcie los setek tysięcy Polaków, zamieszkałych za Bugiem, na terenie tzw. Ziem Zabranych, w większości należących do tzw. klas posiadających, w razie pozostawienia ich własnemu losowi wydanych na łup zanarchizowanego i zbolszewizowanego pospólstwa. Pozostawała oczywiście sprawa kosztów takiej polityki. Piłsudski twierdził, że nie należy się zanadto przejmować stratami w ludziach na polach bitew, gdy kraj nie jest w stanie wyżywić całego swego przyrostu naturalnego i część jej zabiera mu zawsze liczna emigracja zarobkowa3.

Planom Naczelnika sprzyjała wyjątkowo korzystna koniunktura polityczna. Pamiętajmy, że od 1918 roku w Rosji toczyła się ze zmiennym powodzeniem krwawa i wyniszczająca wojna domowa. Obie strony, zarówno "czerwoni" jak i "biali" liczyli się z potencjałem polskim uważając, że jego zaangażowanie po jednej ze stron może rozstrzygnąć losy wewnętrznego konfliktu. Lenin chciał uzyskać na jakiś przynajmniej czas neutralność Warszawy i w tym celu nawiązał z nią w roku 1919 nad wyraz poufne rozmowy prowadzone poprzez swego emisariusza, starego polskiego komunistę Juliana Marchlewskiego. W dyskusjach z reprezentującym Naczelnika Państwa kpt. Ignacym Boernerem, godził się on w imieniu swych mocodawców na niemal każde żądania terytorialne w zamian za gwarancję pokoju. "Biali" i ich niekwestionowany przywódca gen. Anton Denikin, nb. z matki Polki, liczyli na więcej, na włączenie się Wojska Polskiego do rozwijającej się pomyślnie jesienią 1919 roku ofensywy na Moskwę. Istotnie wydaje się, że demonstracyjne nawet natarcie na zachodzie zmusiłoby bolszewików do podziału sił, jakich nie mieli wtedy za wiele i być może przesądziłoby o ich klęsce. Miał więc rację Denikin wyrzucając po latach w swych pamiętnikach Piłsudskiemu, że zachowując neutralność uratował władzę sowiecką. W wiele lat później tezę tę uprawomocnił jeden z inteligentniejszych najwyższych rangą aparatczyków sowieckich Piotr Pospiełow: Gdyby nie wstrzymał działań ofensywnych w czasie naszej rozprawy z Denikinem pewnie padłaby władza radziecka4. Zarzut ten z obecnej perspektywy brzmi bardzo ciężko, gdy potraktujemy go poza historycznym kontekstem.

Piłsudski, urodzony na historycznej Litwie, zatem doskonale znający warunki i nastroje na Ziemiach Zabranych, później zaś jako socjalista stykający się z całą rosyjską elitą rewolucyjną, wiedział, że dla odradzającej się Polski groźna będzie każda Rosja, groźniejsza jednak, o paradoksie ... biała. Jej przywódcy z Denikinem, wychodząc z doktrynalnego założenia niepodzielności imperium, skłonni byli w najlepszym razie uznać niepodległość Królestwa Polskiego, najchętniej związanego z Rosją jakąś formą nierównoprawnego sojuszu. Wedle tego Polska - streszczał poglądy "białych" Stanisław Grabski - miałaby walczyć nie o odzyskanie ziem zabranych jej podczas rozbiorów i znajdujących się nadal pod silnym wpływem cywilizacji polskiej mimo stuletniej prawie ich rusyfikacji, ale dla przywrócenia w Rosji rządów tych sfer i tych ludzi, którzy przodowali przed wojną w tej właśnie rusyfikacyjnej polityce - po to, żeby się zdać następnie w sprawie naszej granicy na ich łaskawą ocenę oddanej im przez nas przysługi5. Oczywiście o jakichkolwiek ustępstwach terytorialnych, poza niechętnym uznaniem odrębności Kongresówki, nie było nawet mowy. Z tego właśnie powodu, uporu "białych" generałów, fiaskiem zakończyły się rozmowy prowadzone z nimi przez emisariusza Piłsudskiego. Dodać trzeba jeszcze jeden niezwykle istotny czynnik polskich kalkulacji: zwycięski Denikin odzyskiwał natychmiast status pełnoprawnego członka Ententy, co w wypadku jakiegokolwiek konfliktu z Polakami, pozbawiało ich szans na jakąkolwiek pomoc Zachodu. W razie zdobycia Moskwy i Piotrogrodu przez białych generałów nie tylko Anglia, ale i Francja, w której każdy nieco zamożniejszy obywatel posiadał rosyjskie obligacje państwowe stanęłaby całkowicie w sprawie naszej wschodniej granicy po stronie Rosji - objaśniał trafnie sytuację Stanisław Grabski6.

Jako się rzekło oferta "czerwonych" była na pozór korzystniejsza, a oni sami sprawiali w negocjacjach wrażenie bardziej elastycznych. Piłsudski przejrzał jednak intencje Lenina i spółki przestrzegając swe otoczenie przed dawaniem wiary "zawodowym oszustom i kłamcom" jakim są bolszewicy. Istotnie chodziło im tylko o chwilę wytchnienia, tzw. pieriedyszkę, po zakończeniu rozprawy z "białymi" i przed rozpoczęciem marszu na Zachód, w celu podboju co najmniej Europy, co najzupełniej poważnie uważano w Moskwie jako cel strategiczny. Nie pojmowali tego odsunięci przez Naczelnika Państwa od negocjacji przywódcy polskich partii politycznych, z Wincentym Witosem i przywódcą PPS Ignacym Daszyńskim, żywiący złudne nadzieje, co do możliwości zawarcia z bolszewikami trwałego kompromisu. Planów wojny z Rosją nie afirmowała również Narodowa Demokracja. Sceptykiem był jeden z jej liderów, szef sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych, Stanisław Grabski. Pomiędzy nim a Naczelnikiem Państwa doszło do znamiennej wymiany zdań:

Piłsudski - Złapię armię bolszewicką i utopię ją w Dnieprze.

Grabski - Nikt nigdy nie złapał armii rosyjskiej, ani Napoleon w 1812 r., ani Mackensen w wojnie ostatniej [feldmarszałek niemiecki dowodzący na froncie wschodnim], umie się ona cofać nie gorzej od dawnych hord tatarskich i Wy jej też nie złapiecie, nie Wy ją wrzucicie do Dniepru, ale ona Was do niego wciągnie...

Piłsudski - Nikt z dotychczasowych przeciwników Rosji nie umiał prowadzić wojny stepowej, ale ja pokażę jak ją prowadzić należy7.

Układ sił w kraju sprzyjał jednak zamiarom Marszałka (stopień ten nadał sobie w marcu). Premierem był wówczas Leopold Skulski, resortem spraw zagranicznych kierował Stanisław Patek, zaufany Piłsudskiego, MSW - również cieszący się jego poparciem Stanisław Wojciechowski, spraw wojskowych - gen. Józef Leśniewski, zaś skarbu - Władysław Grabski, brat Stanisława, w przyszłości autor wiekopomnej reformy walutowej. Kulisy powstania gabinetu były o tyle dziwne, iż Skulski, dotąd działacz dominującego w sejmie Związku Ludowo-Narodowego (Narodowej Demokracji), wystąpił z kilkunastoma posłami z macierzystego klubu zasilając sejmowe centrum. Działania te, podjęte w tajnej zmowie z Naczelnikiem Państwa, wynikały z jego obaw przed silniejszymi indywidualnościami z tego kręgu - prezesem Polskiego Stronnictwa Ludowego "Piast" Witosem i liderem Chrześcijańskiej Demokracji - Wojciechem Korfantym. W sumie, jak życzył sobie tego Piłsudski, rząd był słaby, co ograniczało jego inicjatywy i samodzielność, i warunkowało konieczność bezwzględnego poddania się woli Naczelnika.

Na marginesie sprostujmy mit szerzony ongi przez działaczy Komunistycznej Partii Polski, a potem urzędową historiografię PRL. Otóż jakoby wojna wszczęta na wschodzie odebrała II RP szansę na inkorporację całego Śląska, gdyż wojsko poszło bić się na wschód nie - na zachód. Jest to prawda połowiczna, czyli ordynarne kłamstwo: oficjalne zaangażowanie sił polskich na obszarach plebiscytowych oznaczałoby bowiem wojnę, w której Polska jako agresor nie miałaby żadnych nadziei na pomoc Ententy. Starcie takie z rozbrajanymi, ale nie rozbrojonymi jeszcze Niemcami zakończyłoby się podobnie jak w roku 1939, z tym, że klęska nastąpiłaby prawdopodobnie jeszcze szybciej. Tymczasem pozostawienie spraw śląskich w rękach Korfantego, polityka o niezwykłych zdolnościach taktycznych i wyczuciu lokalnej sytuacji przyniosło dzięki jego przemyślanym manewrom niezwykłe sukcesy: na spornych obszarach uzyskano więcej niż można się było realnie spodziewać i faktycznie więcej niż się nam na podstawie wyników najbardziej sprawiedliwego rozstrzygnięcia, plebiscytu - należało. Inna kwestia i tu w pewnej mierze zgodzić się można z krytykami Piłsudskiego, że głosowanie na Śląsku przeprowadzone w marcu 1921 r., stało pod znakiem propagandy o "sezonowym państwie", które lada dzień załamie się pod ciężarem klęsk, trafiała do przekonania niezdecydowanym, którzy zwykle przechylają szalę głosowania. Dla analogicznego powodu Polska sromotnie przegrała zresztą wcześniejszy plebiscyt na Warmii i Mazurach.

Wiosną 1920 roku polski radiowywiad, który przechwytywał korespondencję obydwu stron uczestniczących w wojnie domowej, następnie w lwiej części odszyfrowywaną, doniósł o postępującej na zachodzie koncentracji sił bolszewickich, zbieranych do niespodziewanego uderzenia na Polaków. Piłsudski wykorzystując polityczną koniunktur ę, jaką stworzyło przymierze nawiązane z wyzutym z Ukrainy przez "czerwonych" przywódcą jej narodowych władz atamanem Siemionem Petlurą 24 kwietnia 1920 r., postanowił wykonać uderzenie wyprzedzające, korzystając z przewagi jaką daje strategiczne zaskoczenie. Ruszyło nazajutrz. Wojska polskie - stwierdzał Marszałek - pozostaną na Ukrainie przez czas potrzebny po to, aby władzę na ziemiach tych mógł objąć prawy [prawowity, PW] rząd ukraiński8.

Spektakularne, przemawiające do przekonania triumfy, w tym wkroczenie do Kijowa, przełamały niemal wszystkie bariery i wywołały niebywały entuzjazm, bowiem powszechnie wydawało się, że powracają najświetniejsze czasy Bolesława Chrobrego czy Stefana Batorego i Zygmunta III. Marszałek Sejmu i jeden z liderów ZLN Wojciech Trąmpczyński podnosił, że Naczelny Wódz i jego żołnierze niosą dziś ludności zamieszkującej Wołyń, Podole i Kijowszczyznę - porządek i wolność, zaś posłowie uchwalili serdeczną podziękę dla Wodza Naczelnego i bohaterskiej armii9.

Po pierwszych sukcesach na froncie przyszyły jednak potęgujące się kaskadowo niepowodzenia. Plan Piłsudskiego pobicia i rozbicia wojsk sowieckich, nim osiągną gotowość operacyjną, poniósł fiasko. Przyczyną stały się zarówno czynniki polityczne jak i wojskowe. Jak trafnie zauważa Janusz Szczepański ukraińscy chłopi byli zajęci rabunkiem i dzieleniem ziemi dworskiej, a myśl o budowie ukraińskiego państwa była im obca10. Dodajmy fizyczne wprost zużycie tamtejszych, nielicznych elit, które coraz bardziej osamotnione toczyły walkę niepodległościową już czwarty rok. Podważało to polityczne przesłanki wyprawy kijowskiej. Co gorsza nie udało się osiągnąć i celów militarnych. Sowiecki Front Południowo-Zachodni dowodzony przez byłego pułkownika armii carskiej Aleksandra Jegorowa (członkiem Rady Wojennej, czyli komisarzem był tam Josif Stalin) zręcznie cofnął się, oddając Polakom terytorium niemal bez walki, podczas gdy krótko potem ofensywę rozpoczął Front Północno-Zachodni na Białorusi. Dowodził nim Michaił Tuchaczewski, ledwie 27-letni, były kapitan, cieszący się na frontach wojny domowej sławą niezwyciężonego. Wybitnie utalentowany, ambitny i marzący o karierze napoleońskiej, ważny szczebel do realizacji swych planów upatrywał w zwycięstwie nad "jaśniepańską Polską". Przerwanie pozycji wojsk polskich, jakiego dokonał, spowodowało szereg wymuszonych odwrotów, które ułatwiły z kolei skoordynowane kontrnatarcie Jegorowa. Pod jego naciskiem zgrupowanie polskie dowodzone przez gen. Edwarda Rydza-Śmigłego rozpoczęło coraz gwałtowniejszy odwrót z Ukrainy. Zaczął on nabierać, także na północy, charakteru panicznego. Pisał o tym w swych wspomnieniach Witos: kiedy nieco później zapytałem o szczegóły tej nieszczęsnej wyprawy jednego z generałów, odpowiedział mi, że nie wiem, czy tam poniesiono większą hańbę czy szkodę [i] woli zamilczeć, bo bez żalu i oburzenia nie może o tym mówić11.

Szczególnie we znaki Polakom dała się 1 Armia Konna Siemiona Budionnego (jego politrukiem był Klimient Woroszyłow, późniejszy stalinowski marszałek i komisarz obrony). Pisał o tym sam Piłsudski: Ten nowy instrument walki, jakim się okazała dla naszych nieprzygotowanych do tego wojsk jazda Budionnego, stawał się jakąś legendarną, nieprzezwyciężoną siłą. I rzec można, że im dalej od frontu, tym wpływ tej sugestii, nie poddającej się rozumowaniu był silniejszy i bardziej nieodparty12. Lęk przed sowiecką kawalerią nie wypływał jednak tylko z jej walorów czysto wojskowych. Konarmia zdobyła sobie ponurą sławę z racji braku jakiejkolwiek, elementarnej nawet dyscypliny. Cały jej szlak bojowy pochód stanowił nieprzerwane pasmo pijatyk, hulanek, rabunków, gwałtów, podpaleń i mordów, dokonywanych nie tylko na ludności cywilnej, głównie "panach", "białopolakach" i Żydach, ale również i na jeńcach wojennych. Doświadczyli tego np. małoletni w przewadze żołnierze z lwowskiego 240 Ochotniczego Pułku Piechoty wybici do nogi w trakcie bitwy pod Zadwórzem 17 sierpnia 1920 roku. Przebijali bagnetami, dostrzeliwali, trupy na trupach, jednego jeszcze obdzierają, drugiego dobijają, jęki, krzyki, charkot - opisywał pobojowisko świadek konarmiejskiego ludobójstwa.

Kawaleria Budionnego, choć mogła się wydawać jednostką anachroniczną, przypominającą hordy tatarskie, odegrała w drugiej fazie kampanii rolę decydującą, podobną do tej, jaką spełniały w II wojnie światowej tzw. wojska szybkie. O wiele bardziej mobilna niż piechota, dzięki w większości konnej trakcji (o jej sile ogniowej stanowiły słynne taczanki, specjalne bryczki, na których zamontowano karabiny maszynowe), mając możność łatwej koncentracji, była w stanie dokonywać przełamań frontu w najsłabiej obsadzonych miejscach i następnie buszować bezkarnie na tyłach, niszcząc linie łącznościowe i komunikacyjne, zakłócając pracę sztabów, odcinając drogi odwrotu i uniemożliwiając odtworzenie ciągłej linii obronnej. Podobnie jak w roku 1939 nogi polskich piechurów nie były w stanie wygrać wyścigu z silnikami niemieckich czołgów, tak w roku 1920, sowieckie konie okazywały się szybsze i wytrzymalsze od pieszych eszelonów. Sprawnie manewrująca Armia Konna, co stanowiło zasługę jej sztabu, kierowanego przez kadrowych oficerów armii carskiej, była praktycznie nieuchwytna dla piechoty, a dzięki swej liczebności nazbyt silna, aby mogły ją zaszachować pojedyncze i rozproszone pułki polskiej kawalerii. Ten swoisty wyścig trwał do końca lipca.

Wojna była, zwłaszcza jak na obowiązujące wówczas standardy, niezwykle brutalna i okrutna. Masowe zbrodnie wojenne nie miały jednak, wbrew temu co twierdzą historycy sowieccy, a współcześnie - rosyjscy, charakteru symetrycznego. Bolszewicy po raz pierwszy pokazali światu, co znaczy w ich pojęciu wojna rewolucyjna. Wróg miał być nie tylko pokonany i rozbity, ale i unicestwiony fizycznie. Wzięci do niewoli Polacy, zwłaszcza oficerowie, byli więc wbijani na pale, czy zakopywani żywcem, co poświadczają wstrząsające dokumenty ikonograficzne. Ulubioną rozrywką "bojców", podniecanych do tego przez politruków, było wyrzynanie na ciele "jaśniepanów" insygniów: orła z koroną na czole, gwiazdek na ramionach i lampasów na nogach. Ludność cywilną traktowano wbrew zapewnieniom propagandystów niewiele lepiej: przemoc i gwałty były na porządku dziennym. Trudo się zatem dziwić, że zdarzało się, iż jeńców bolszewickich, zwłaszcza znienawidzonych komisarzy, zabijano, czasami i w mękach, w ramach odwetu za pogwałcone matki, siostry, i pomordowanych braci. Były to jednak wypadki szczególne. Dobre świadectwo Polakom wystawił zewnętrzny obserwator, emisariusz rządu Jego Królewskiej Mości lord Edgar Vincent d'Abernon: stosunek oficerów i władz polskich do jeńców nie był ani przykry ani okrutny. [...] Nie dostrzegłem też żadnych szczególnych oznak mściwości względem zwykłych jeńców ze strony miejscowej ludności13.

Element ideowy, wręcz fanatyczny, w Armii Czerwonej stanowili delegowani na front komuniści, często Żydzi, choć niestety i Polacy, obsadzani zazwyczaj w roli politruków. Do służby u bolszewików zgłosili się stosunkowo nieliczni oficerowie, których brakowało, żołnierz był z kolei niechętnie bijącym się poborowym z przymusu, którego w szeregach trzymał głównie strach przed karą. Pozytywną motywacją była nadzieja łupów, co powodowało, że teren, jaki zajęły wojska, ogałacano dosłownie ze wszystkiego. Dość typowa jest historia niezwykłego jeńca, jakiego pod koniec wojny wziął podjazd polskiej kawalerii. Był to Chińczyk, który nie rozumiał słowa po rosyjsku (!). Po wnikliwym śledztwie okazało się, że trafił w czasie wojny światowej do Rosji jako najemny robotnik z całą grupą rodaków, a później gdy stracił z nimi kontakt, wcielono go bez pytania o zdanie do Armii Czerwonej. Miary symbolu nabierał fakt, iż ów osobliwy kondotier dla wszelkiej pewności został przykuty łańcuchami do cekaemu, który miał obsługiwać. Sytuacja zmieniła się nieco, jeśli idzie zwłaszcza o byłych oficerów, gdy rozpoczęła się wojna z "Biało Polakami". Najwybitniejszy ówczesny dowódca rosyjski gen. Aleksiej Brusiłow ogłosił apel wzywający ich do walki z odwiecznym wrogiem, który znalazł znaczący efekt. Co prawda kierujący faktycznie wojną komisarz obrony Lew Trocki (Lejba Bronstein) ubolewał, że psuje mu to czysto internacjonalistyczny charakter kampanii, ale licznych ochotników nie miał zamiaru odprawiać z kwitkiem.

Armia polska powstała również z poboru i tu, gdy wyczerpała się pierwsza fala zwycięskiego entuzjazmu, a losy wojny ułożyły się niepomyślnie, także dość powszechnie szerzyło się maruderstwo i dezercje. Problem ten nigdy nie był jednak wyczerpująco zbadany, a same - bardzo wysokie zresztą - liczby nie rozstrzygają wątpliwości, jaki musi budzić łączne traktowanie i dezerterów i tzw. oderwańców, czyli żołnierzy, którzy odłączyli się od swoich jednostek, co w tak długim i szybkim odwrocie zdarzało się na porządku dziennym.

W kraju tymczasem, po odwrocie z Kijowa, nastroje, tak niedawno euforyczne, załamały się gwałtownie. W ogniu krytyki znalazł się i sam Marszałek i zbyt zdaniem polityków powolny mu gabinet. Jeden z czołowych publicystów obozu narodowego Stanisław Stroński pisał o wrodzonej skłonności do ryzykownego awanturnictwa Piłsudskiego i jego fantastycznym kaprysie, jakim miała być wyprawa kijowska14.

Po dymisji Skulskiego misję tworzenia rządu z upoważnienia sejmowego Konwentu Seniorów zlecono 23 czerwca Władysławowi Grabskiemu. MSZ objął ks. Eustachy Sapieha, MSW - kierownik Józef Kuczyński, obsada resortów spraw wojskowych i skarbu pozostała bez zmian. Z inicjatywy premiera powołano wkrótce Armię Ochotniczą, na czele której stanął gen. Józef Haller, co miało znaczenie przede wszystkim psychologiczne. Zdając sobie sprawę z konieczności narodowej konsolidacji Grabski uzyskał jednogłośną akceptację parlamentarną dla uchwalonej rok wcześniej, dość zresztą przypadkowo, ustawy o zasadach reformy rolnej. Kolejny krokiem, jaki miał ułatwić podejmowanie decyzji o charakterze operacyjnym było utworzenie Rady Obrony Państwa, na którą sejm przelał swe prerogatywy. Składała się ona z Naczelnika Państwa w roli przewodniczącego i 14 członków: marszałka sejmu, premiera, 9 przedstawicieli głównych stronnictw politycznych i 3 wojska - delegowanych przez Naczelnego Wodza. Bardzo szybko doszło tam do ostrego starcia pomiędzy reprezentującym ZLN Dmowskim a Piłsudskim. Gdy pierwszy z nich poddał ostrej krytyce postępowanie swego adwersarza, ten demonstracyjnie podał się do dymisji. Dmowski zareagował na to ze zdziwieniem: Ja, który dowodziłem, że w Polsce jest konieczny autorytet i taki autorytet widziałem w pańskiej osobie, nie mogłem chcieć ten autorytet obalić!15. W rezultacie sam zatem zrezygnował z członkostwa w Radzie, odkładając na bok osobiste ambicje.

Gdy wróg stanął dosłownie u bram Warszawy, powaga sytuacji wymagała szukania wszelkich dróg ratunku w tym - odwołania się do potęgi Zachodu. Szczęściem w Spa obradowała konferencja międzyaliancka poświęcona kwestii niemieckich odszkodowań wojennych. Władysław Grabski udał się tam jako petent. Ewentualną pomoc okupiono ciężkimi warunkami - pozostawieniem w gestii sojuszników rozstrzygnięcia sporu terytorialnego z Litwą, statusu Małopolski Wschodniej i przyszłości Śląska Cieszyńskiego.

Odsieczy Polsce ostatecznie udzieli jedynie Francuzi nadsyłając nieco sprzętu i instalując wWarszawie misję wojskową, na czele której stanął gen. Maxime Weygand, opromieniony sławą szefa sztabu Generalissimusa koalicji marszałka Ferdinanda Focha. W jej skład wchodził m.in. kpt. Charles de Gaulle, który swą postawą na polu bitwy pod Radzyminem zasłużył potem na krzyż Virtuti Militari. Nadzwyczaj krótkowzrocznie zachowali się za to, zgodnie ze swymi narodowymi cechami, Czesi blokując dostawy do Polski i sprzyjając jej klęsce, która miała ugruntować ich uzurpowaną, a zalegalizowaną w Spa, władzę na Śląsku Zaolziańskim. Niemcy również usiłowali wykorzystać sytuację: proponowali postawić do polskiej dyspozycji kilka dywizji najemników w zamian za rezygnację z plebiscytu na Śląsku i definitywne wyrzeczenie się tej prowincji.

Rząd brytyjski, gdzie opinie na temat Rosji Sowieckiej były mocno podzielone, ograniczył się do posłania do obydwu stron, wystosowanego przez ministra spraw zagranicznych lorda George'a Nathaniela Curzona, w którym nakłaniał je do przyjęcia linii demarkacyjnej. Ochrzczona potocznie jego nazwiskiem w kilkadziesiąt lat później, w czasie II wojny światowej, miała stać się podstawą do wytyczenia granicy polsko-sowieckiej. Sama "linia Curzona" powstała niejako przypadkiem. Gdy zmęczeni dyskusją dyplomaci pragnęli już tylko pójść na lunch, natrafiono przypadkiem na pożółkłą mapę, przedstawiającej granice polsko-rosyjską po drugim rozbiorze. Okazało się, że po dokonaniu odpowiednich korekt na rzecz Litwy na północnym-wschodzie, łatwo będzie wyznaczyć na jej podstawie delimitację. Abstrahując od tymczasowego i nieobowiązującego charakteru brytyjskiej propozycji, warto zauważyć, iż nie obejmowała ona Małopolski Wschodniej, jako prowincji stanowiącej przedmiot sporu polsko-ukraińskiego, zatem Rosja nie miała żadnych podstaw aby wysuwać pod jej adresem jakiekolwiek roszczenia. Nie dość na tym; pracujący wówczas w Foreign Office Lewis Namier recte Bernstein, w przyszłości uznany za wybitnego znawcę i badacza dziejów Europy Środkowowschodniej, który jako wywodzący się z Kongresówki Żyd z oczywistych powodów żywił wobec Polski nieprzyjazne uprzedzenia, na własną rękę przedłużył granicę na obszar Galicji i w tej wersji, bez wiedzy swych zwierzchników przekazał dokument stronie sowieckiej.

Na szczęście Lenin i Trocki - najzupełniej zgodni w kwestii niechybnego już zwycięstwa - odrzucili brytyjskie pośrednictwo, żądając od Polaków natychmiastowego podjęcia rokowań, bez pośrednictwa państw trzecich. Wznowiono je 14 sierpnia w Mińsku. Jak pisał członek delegacji polskiej Stanisław Grabski władze bolszewickie oczekiwały zajęcia lada chwila Warszawy ... i proklamowania w niej rządu komunistycznego16. Sowieci żądali w tonie dyktatu zgody na linię Curzona, prawa swobodnego tranzytu przez terytorium Rzeczypospolitej i ograniczenia liczebności wojska do 50 tys.

Pewny siebie był też Tuchaczewski, który wydał butny rozkaz do swych wojsk: Czerwonoarmiści! Wybiła godzina zapłaty. [...] Wielki pojedynek rozstrzygnie losy wojny, narodu rosyjskiego i ludności polskiej. Wojska spod znaku Czerwonego Sztandaru i wojska łupieżczego białego orła oczekuje śmiertelny pojedynek. [...] Utopcie we krwi rozgromionej armii polskiej przestępczy rząd Piłsudskiego. [...] Na Zachodzie rozstrzygają się losy światowej rewolucji. Ponad trupem białej Polski wiedzie droga ku ogólnoświatowej pożodze. Poniesiemy na bagnetach szczęście i pokój pracującej ludzkości17. Jeszcze 20 sierpnia, a więc już po klęsce pod Warszawą, twierdził buńczucznie, iż pokój jest możliwy jedynie po rozgromieniu sprawy bandytów i na gruzach białej Polski18.

Upadku polskiej stolicy niecierpliwie wyczekiwali przywódcy Tymczasowego Polskiego Komitetu Rewolucyjnego powołanego w Białymstoku pod egidą dowództwa Frontu Północno-Zachodniego - Feliks Dzierżyński, Feliks Kon i Marchlewski. Zapis dyskusji tej dobranej trójki renegatów na temat organizacji mającej powstać pod ich przywództwem Polskiej Sowieckiej Republiki Socjalistycznej dał Stefan Żeromski w paradokumentarnym reportażu "Na probostwie w Wyszkowie" opartym o relację tamtejszego księdza. Republika powstać miała w oparciu o ziemie Kongresówki, być może poszerzone o Białoruś. Jednocześnie w Tarnopolu powołano analogiczny Galicyjski Komitet Rewolucyjny na czele którego stał Ukrainiec Władimir Zatonski. Oznaczało to, że tereny Małopolski Wschodniej, a zapewne i Zachodniej z kolei zostaną przyłączone do sowieckiej Ukrainy, co oznaczało pod rządami bolszewików, poza wszystkim innym, nie tylko utratę niepodległości, ale i kolejny rozbiór Polski.

Polrewkom (czyli Polskij Riewolucyonnyj Komitiet), jak w kręgach bolszewickich nazywano TPKR, wydał nawet odezwę ogłaszający nacjonalizację "fabryk, kopalń, ziemi i lasów". Stwierdzenie, iż ziemia włościan pozostaje nietykalna miało zneutralizować, lub nawet pozyskać chłopstwo. Niewiele z tych zamysłów zresztą wyszło, bowiem na okupowanych obszarach nie chciano brać cudzej ziemi, zarówno ze względów moralnych, jak i praktycznych, braku zaufania do narzuconej przemocą władzy. Na szczególną nienawiść zasłużyli sobie komisarze. Komuniści, podobnie jak w 20 lat później, mogli liczyć zatem jedynie na hałaśliwą część lumpenproletariatu żydowskiego, niektórych Ukraińców lub Białorusinów, którzy łatwowiernie dostrzegali pod ich opieką możliwość realizacji aspiracji narodowych i społecznych oraz miejscowe polskie szumowiny.

Wobec pogarszającej się gwałtownie sytuacji - ofensywa Tuchaczewskiego wciąż trwała - gabinet złożył 20 lipca dymisję. W jego miejsce powołano Rząd Obrony Narodowej na czele zWitosem. Wicepremierem został przywódca Polskiej Partii Socjalistycznej Ignacy Daszyński, sprawy wewnętrzne objął Skulski, MSZ pozostał w rękach Sapiehy, skarb - Grabskiego, zaś obronę po dwu tygodniach przejął od gen. Leśniewskiego najbardziej zaufany wówczas człowiek Komendanta - gen. Kazimierz Sosnkowski. Zadaniem gabinetu było opanowanie nastrojów na tyłach, które oscylowały pomiędzy głuchą determinacją walki do końca, a histeryczną paniką, która powodowała, iż wiele osobistości życia publicznego uciekało z zagrożonej stolicy, byle dalej na zachód, najczęściej w Poznańskie, skąd z kolei było o wiele bliżej do, jak się mogło zdawać, zbawczego i bezpiecznego Berlina. Mimo tego, a także innych wysoce nagannych zjawisk, m.in. szalejącej spekulacji, udało się pobudzić ducha, przede wszystkim młodzieży. Odbudowa mocno nadszarpniętego morale nastąpiła w przełomowym momencie kiedy na hasło "wróg u bram" w szeregach Armii Ochotniczej stanęły dziesiątki tysięcy ochotników przede wszystkim studentów i uczniów (także mój 16-letni wówczas ojciec, z całą swoją klasą w Gimnazjum im. Mikołaja Reja w Warszawie).

Piłsudski robił w tym czasie wszystko, aby przygotowując się do zwycięskiej kontrofensywy, zyskać nieco spokoju i uciec od parlamentarnej kontroli. Płk Ludwik Piskor wspominał: zastałem Marszałka zmienionego, jakby opuszczonego i wyczerpanego bezsennością ... Był małomówny i zagłębiony w myślach. Odniosłem wrażenie, że stoimy w przede dniu wielkiej decyzji. Istotnie, gdy Marszałek powrócił do Warszawy, był innym człowiekiem. Nie znać było po nim wahań i zmęczenia. Ufność i spokój promieniowały od niego19. Mając precyzyjne dane dekryptażu na temat planów sowieckich Piłsudski wiedział, że ma jedyną szansę, aby natrzeć głównymi siłami na wyczerpane długim pościgiem wojska Tuchaczewskiego, nim uzyskają one pomoc w postaci detaszowanej spod Lwowa Armii Konnej. Swój udział w opóźnieniu jej ruchu miał i Stalin, który chciał doprowadzić do rozstrzygni ęcia na swoim odcinku frontu i wstrzymywał Budionnego.

Jak to bywa, zwycięstwo na przedpolu Warszawy miało nader szybko wielu ojców. Stroński, aby pomniejszyć zasługi Naczelnego Wodza, ukuł nawet określenie "cudu Wisły", na wzór analogicznego "cudu Marny" z roku 1914. Jako rzeczywistego autora planu kontrofensywy przedstawiano szefa Sztabu Generalnego gen. Tadeusza Rozwadowskiego lub nawet ... Weyganda. Prawda była jednak inna. Bez względu na zasługi innych przytłaczającą odpowiedzialność za bitwę niósł i uniósł Piłsudski. Jego triumfu nie pomniejsza też znajomość planów i zamiarów przeciwnika: umiejętność ich przeniknięcia stanowi jednej z najważniejszych atrybutów wielkiego dowódcy.

Zwycięstwo w bitwie warszawskiej było totalne. Kolejne i ostatnie starcie kampanii - bitwa nad Niemnem, ostatecznie i jednoznacznie rozstrzygnęło losy wojny.

Ponieważ po diametralnej zmianie sytuacji militarnej rokowania mińskie stanęły w martwym punkcie, Lenin, zdając sobie sprawę, że czas zaczyna grać na jego niekorzyść, wysłał do Mińska z tajną misją swego zaufanego, dawnego działacza SDKPiL Karola Radka (Sobelsohna), który uzgodnił na żądanie Polaków przeniesienie rozmów pokojowych do neutralnej Rygi. Za warunki wstępne porozumienia uznano zwrot ziem zagarniętych przez carat w wyniku rozbiorów na których przeważała kultura polska i katolicyzm oraz wycofanie się Polski z poparcia dla niepodległościowych aspiracji Ukraińców i Rosji Sowieckiej - dla Litwinów.

Wygrana przez Polaków wojna ocaliła Zachód przed bolszewicką inwazją. Lord d'Abernon nazwał dlatego bitwę na przedpolach Warszawy osiemnastą decydującą bitwą w dziejach świata z uwagi na znaczenie dla kultury, wiedzy, religii i politycznego rozwoju ludzkości20. Zapewniła ona niepodległość Rzeczypospolitej na przeciąg jednego pokolenia - do śmierci Marszałka. Jego następcy niestety nie potrafili wyciągnąć z historii wniosków.

ul. Kopernika 36/40, 00-924 Warszawa, tel. 0-663 371 415, 0-693 101 300