Niewątpliwie najgoręcej dyskutowanym tematem w ostatnich tygodniach jest stan naszego państwa. Dobrze, że ma to miejsce w okresie przedwyborczym, kiedy w sposób naturalny wzrasta zainteresowanie tematyką społeczną. Opublikowanie długo oczekiwanego raportu zespołu badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej sprawiło, że uwaga opinii publicznej skupiła się na sytuacji w armii, a zwłaszcza na 36 pułku specjalnym, odpowiedzialnym za przewóz najważniejszych osób w państwie. Osobiś
W sytuacji, gdy rola czynników kulturowych i ich wpływ na bezpieczeństwo narodowe państw i bezpieczeństwo międzynarodowe stają się przedmiotem analiz naukowych, coraz częściej też badania te odnoszą się do cywilizacji Zachodu i jej relacji z resztą świata. Przedmiotem analiz są także zmiany, jakie zachodzą w obrębie cywilizacji zachodniej, zwanej także euroatlantycką.
Zachód, jako pojęcie, zaczął się kształtować około połowy XIX wieku, wraz ze świadomością podziału Europy na Wschód i Zachód, na kraje zacofane i rozwinięte. Od razu trzeba powiedzieć, że Wschód niewiele miał wspólnego z Orientem, istniejącym poza Europą, który lepiej rozwinięta część Europy (Zachodnia) podporządkowała sobie poprzez podboje kolonialne. Zachód stawał się jednocześnie bardziej przynależnością cywilizacyjną niż geograficzną, bo niektóre obszary, jak na przykład Europa Środkowa oscylowały między przynależnością do Wschodu lub Zachodu, w zależności od wydarzeń historycznych
Prawdziwy rozkwit Zachodu, jako systemu identyfikacji cywilizacyjnej, przypada na okres II wojny światowej i czasy powojenne zwłaszcza, gdy żelazna kurtyna definitywnie, na prawie pół wieku, rozdzieliła dwie części Europy. Jednak i wcześniej Zachód (a jeszcze bardziej Europa) nie był tworem homogenicznym, bo obydwie wojny światowej wyszły z jego łona, a kraj-kontynent, Stany Zjednoczone, produkt cywilizacji europejskiej, przez ponad sto lat swej historii kierujący się izolacjonizmem, musiał dwukrotnie interweniować i ratować cywilizację europejską przed nią samą. Po II wojnie światowej Stany Zjednoczone definitywnie stały się częścią Zachodu, będąc przez cztery dekady, w obliczu zagrożeń ze Wschodu, a głównie ze strony totalitarnego, komunistycznego mocarstwa - Związku Radzieckiego, główną ostoją niezależności Zachodu, gwarantem jego suwerenności i podstawę dobrobytu.
System wartości - aksjologia cywilizacji euroatlantyckiej - tworzył się w odpowiedzi na zagrożenia zewnętrzne, lecz także i wewnętrzne, bo pamiętano, że to nacjonalizm niemiecki doprowadził do obu wojen (choć do tej ostatniej wspólnie z totalizmem sowieckim). Stworzone zostały dwie wspólnoty, które stały się podstawą tej aksjologii: Sojusz Północnoatlantycki - dzięki któremu można było mówić o cywilizacji euroatlantyckiej - i Wspólnoty Europejskie. Tym samym Zachód, odgrodzony "żelazną kurtyną", stał się uosobieniem tych samych wartości dla zachodniej części Europy i Ameryki Północnej (USA i Kanady), synonimem cywilizacji wolnego świata. Na wschód od Łaby istniał system komunistyczny, zniewalający narody, antyteza cywilizacji i mimo, iż żywiono współczucie dla narodów Europy Środkowo-Wschodniej, nic na to nie można było poradzić. Propaganda komunistyczna, jak mogła tak usiłowała to zmienić, tworząc z Zachodu synonim zła, dekadencji, czyniąc go odpowiedzialnym za wszystko zło, od niższego poziomu życia na Wschodzie, aż po biedę Trzeciego Świata, jako skutek imperializmu i kolonializmu.
W różnych wariantach sytuacja ta, spetryfikowana potęgą arsenałów nuklearnych i konwencjonalnych obu bloków polityczno-militarnych, ustaleniami KBWE, a także innymi porozumieniami trwała aż do przełomu lat 80. i 90. XX wieku, kiedy to w wyniku "jesieni ludów" komunizm - a wraz z nim ZSRR - został obalony i wyrzucony na śmietnik historii. Zachód miał triumfować, a teoria Fukuyamy pięknie to dokumentowała, dekretując ustrojowy koniec historii. Ale rychło, już w kilka lat po upadku komunizmu, zaczęły się pojawiać symptomy, nie tyle triumfu, co kryzysu Zachodu.
Dziś, gdy mniej rozeznany w problemach świata czytelnik czyta różne opracowania, może być skonfundowany. W dniu swej inauguracji prezydent Stanów Zjednoczonych George W. Bush - a wcześniej jeszcze jego poprzednik Bill Clinton - mówił o bezprzykładnej potędze Ameryki, jedynego supermocarstwa (hipermocarstwa - jak z przekąsem mówili inni), którego przewaga nad resztą świata jest udokumentowana faktami i dodatkowo wzmocniona porównywalną potęgą gospodarczą Unii Europejskiej, a z drugiej strony alarmujące tytuły w rodzaju: "Śmierć Zachodu", "Samobójstwo Zachodu", czy "Zmierzch Wielkiego Imperium Zachodu".
Jednocześnie jednak równie często mamy inne hasła i tytuły, podkreślające potęgę głównie Ameryki, takie jak: "Dominacja czy Przywództwo", "Hegemonia albo Przetrwanie", "Potęga i Raj", "Imperium Americanum".
Jeszcze bardziej zdecydowana jest przewaga Stanów Zjednoczonych w zakresie innowacyjności, a szczególnie zdolność do wytwarzania wysokich technologii. W tym zakresie możemy mówić
o dychotomicznym podziale świata na Stany Zjednoczone i resztę globu, przy czym przewaga amerykańska ma tendencję rosnącą. Dotyczy to także osiągnięć naukowców amerykańskich, którzy od lat zdobywają większość prestiżowych nagród międzynarodowych, w tym nagród Nobla, przyznawanych za najwybitniejsze osiągnięcia naukowe.
W dziedzinie wojskowej przewaga amerykańska jest jeszcze większa. Niebawem 50% światowych wydatków na zbrojenia przypadnie na Stany Zjednoczone, które ostatnio zaczynają przenosić zbrojenia także w kosmos, niedwuznacznie dając do zrozumienia, iż rezerwują sobie swoistą wyłączność na tego typu działanie. Przekłada się to w oczywisty sposób na zdolności obronne i operacyjne armii amerykańskiej, jedynej, która jest zdolna do interwencji w każdym punkcie globu, determinuje także zdolności obronne NATO.
Ameryka jest też biegunem globalizacji. To z USA płynie główny strumień kultury masowej, filmów i elektronicznej informacji, dyktujący zuniformizowane, egalitarne wzorce gustów i mody, od postaci disnejowskich, McDonaldsa, Coca Coli, aż po kształtowanie nowych zwyczajów, sposobów spędzania wolnego czasu i świąt w rodzaju walentynek czy Halloween. Strumień na tyle silny, że nawet Europa Zachodnia, kolebka Zachodu i główny przez wieki siewca europocentryzmu, próbując nadal oddziaływać na świat, teraz sama zmuszona jest wprowadzać bariery ochronne, które partnerzy zza Oceanu nazywają niekiedy antyamerykanizmem.
Można by powiedzieć po tej analizie, że z Zachodem, a szczególnie z Ameryką nie jest źle, skąd więc fama o słabości i kryzysie Zachodu? Stąd przede wszystkim, że istnieje druga strona tego obrazu, która nie jest już tak optymistyczna, nakładająca się na procesy, których korzeni można dopatrywać się znacznie wcześniej. Wszystkie przedstawione fakty i dane są prawdziwe, ale tendencje ich rozwoju nie są korzystne dla Zachodu. W większości z przedstawionych dziedzin przewaga Zachodu, w tym Stanów Zjednoczonych, maleje, niepokojące są także niektóre procesy o charakterze politycznym, gospodarczym, demograficznym i kulturowym, które osłabiają spójność i potęgę Zachodu.
Przede wszystkim ani Zachód, ani osobno Ameryka - mimo determinacji tej ostatniej - nie są w stanie samodzielnie kształtować porządku międzynarodowego i określić warunków bezpieczeństwa międzynarodowego. Wydawało się, że w okresie, jaki nastał po zimnej wojnie, zwycięskie i jedyne supermocarstwo Stany Zjednoczone określi nowy ład międzynarodowy i wspólnie z Unią Europejską i NATO, poszerzonymi o nowych członków z Europy Środowo-Wschodniej, będzie tym nowym ładem, zwłaszcza w zakresie bezpieczeństwa międzynarodowego, skutecznie zarządzać. Po 11 września 2001 r., a także w wyniku niepowodzeń w Iraku, wizja ta nie zrealizowała się. Stany Zjednoczone, choć nadal supermocarstwo, nie stało się jednak niekwestionowaną władzą i potęgą międzynarodową. Możemy mówić nawet o pewnym paradoksie. Amerykańska potęga zapewniająca jej, przede wszystkim w zakresie potencjału militarnego, bezprzykładną przewagę nad światem, nie może być odpowiednio skonsumowana, z powodu błędów w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa, arogancji i fatalnego wizerunku w świecie
Jednocześnie jednak fakt, iż pojęcie cywilizacji Zachodu związane jest tradycyjnie z dwoma ośrodkami geopolitycznymi Europą Zachodnią i Ameryką
Procesy te jeszcze bardziej nasiliły się w wyniku II wojny światowej, gdy gospodarka amerykańska stała się zdecydowanie najsilniejszą na świecie, dysponując nie tylko około 40% światowego PKB, lecz równoważąc w praktyce gospodarki europejskie. Potencjał Zachodu był więc nadal, mimo przesunięcia za Ocean, duży, lecz właśnie od tego momentu zaczyna się powolny, aczkolwiek dostrzegalny proces spadku wpływów gospodarczych. Ciężar gospodarczej grawitacji świata powoli przesuwa się ku Dalekiemu Wschodowi i Azji Południowo-Wschodniej. Świadczy o tym wiele wskaźników gospodarczych i finansowych, w tym wzrastający udział tego obszaru w handlu międzynarodowym, rosnące nadwyżki w obrotach handlowych i kapitałowych z Zachodem, przechwytywanie coraz większych kwot światowych inwestycji. Rosnące zadłużenie wewnętrzne i zewnętrzne USA, chroniczny deficyt budżetowy i urastający do monstrualnych wymiarów deficyt handlowy Stanów Zjednoczonych, słabnący kurs dolara, przez ponad 150 lat, symbolu amerykańskiej potęgi, a obecnie tracącego pozycję światowego pieniądza, to już nawet nie symptomy, ale wyraźne objawy kryzysu.
Myśliciele i teoretycy zauważali to od dawna. W 1918 r. Oswald Spengler pisze pierwszą wersję książki pt.: "Zmierzch Zachodu. Zarys morfologii historii uniwersalnej"
Wtórowały mu inne głosy, które na tle "szalonych lat dwudziestych", emancypacji kobiet, zmian w moralności i obyczajowości, pogardy dla zasad i kultury elit, a zarazem przenikania do mas totalitarnych wzorców ze Wschodem, zapowiadały nie dające się jeszcze określić zmiany
W polityce europejskiej symptomy degradacji zaczęły pojawiać się jeszcze szybciej niż objawy dekadencji w kulturze i moralności. Sprzyjał temu izolacjonizm Ameryki. Jak pisze Robert Kagan: "Amerykańska odmowa uczestnictwa w instytucji stworzonej przez Wilsona [Ligi Narodów], zniweczyła skądinąd niewielkie szanse jej powodzenia"
Skutki bezpośrednie są znane, skutki pośrednie trwają do dziś. O ile I wojna światowa osłabiła Europę i jej rolę w świecie, ale nie przestała ona być aktorem globalnym, o tyle II wojna światowa zmiotła ją ze światowej szachownicy jako potęgę gospodarczą, polityczną i militarną, a innym skutkiem była dzieląca kontynent na pół "żelazna kurtyna". Odbudowała co prawda Europa Zachodnia dość szybko swoją pozycję w kulturze, stopniowo także w gospodarce (dzięki Planowi Marshalla, a potem integracji), ale politycznie, wobec zagrożenia ze Wschodu, pozostawała w stanie strategicznej zależności od Stanów Zjednoczonych, stając się faktycznie na blisko pięćdziesiąt lat wojskowym protektorem mocarstwa zza Oceanu. Towarzyszyło temu jeszcze jedno niepokojące zjawisko, a była nią niechęć, brak woli i zdecydowania Europejczyków, by wziąć na siebie ciężar wydatków niezbędnych do zapewnienia Europie bezpieczeństwa, czy to w ramach NATO, czy też poprzez stworzenie efektywnej Europejskiej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony. Był to też czynnik zmian w europejskich zwyczajach i kulturze strategicznej.
Ale zmiany dotyczyły także innych aspektów europejskiej sytuacji. Zaczęły następować przemiany w myśleniu europejskich elit, które owocowały przewartościowaniami w obyczajach i kulturze, odchodzeniem od religii, relatywizacją dotychczasowych kanonów i wartości. Co było przyczyną? Wiele czynników, z których każdy działał oddzielnie, ale które razem tworzyły swoisty eklektyzm myśli, mody, nowych nurtów i nowych możliwości, stwarzały nieznane przedtem nośniki informacji, kultury masowej, idei. Europa Zachodnia zadziwiająco szybko, dzięki własnym zdolnościom, pomocy amerykańskiej, ale także i masowo ściąganych do pracy cudzoziemskim robotnikom, zwanymi eufemistycznie "gastarbeiterami", robotnikami - gośćmi, odbudowała nie tylko zniszczenia wojenne, lecz stała się obszarem dobrobytu. Europejska myśl - kultura uwolniona od trosk materialnych, mogła kierować się na nowe kierunki "cultus animae" - uprawy duszy. Nowe nie znaczyło lepsze, ale oznaczało często odwrócenie kanonów wartości.
Ujawniać się zaczęły także skutki ponadnarodowej integracji. Dobre w zakresie integrujących się europejskich gospodarek, eliminowania tradycyjnego nacjonalizmu, budowy wspólnych wartości i kultury politycznej, niepokojące, jeśli chodzi o pozycję państwa narodowego jako skutku relatywizacji narodowej suwerenności, osłabianie poczucia patriotyzmu i kulturowej przynależności. Tradycyjne wartości europejskie: wiara w Boga, oparta o nią moralność, małżeństwo i rodzina wielodzietna, zaczęły przechodzić do przeszłości. Tworzyła się nowa Europa, której populacja nie rosła, lecz kurczyła się, która tracąc chęć (i możliwości) do chrystianizacji i cywilizowania innych narodów, traciła poczucie cywilizacyjnej misji. Europa zamknięta bardziej w sobie, w opłotkach integracji, w której miejsca dawnych wartości zajmowały nowe: materialny hedonizm, pop-kultura, kult pieniądza, pornografia i wulgarny seks. Europa, która małżeństwom homoseksualnym zaczęła poświęcać więcej miejsca niż ochronie tradycyjnych małżeństw i rodzin, rozpadających się w narastającej fali rozwodów. Oznaczało to śmierć kultury opartej o religię, a nowy szlak wyznaczał proces laicyzacji, unikanie jak ognia jakiejkolwiek wzmianki o roli religii w życiu publicznym, a pochodniami nowej kultury śmierci - jak ją nazwał Jan Paweł II - stawała się aborcja, eutanazja, antykoncepcja i sterylizacja. To właśnie rozpowszechnianie tych czynników islam obawia się bardziej niż jakichkolwiek innych zderzeń cywilizacji.
Procesy te nie zachodzą równolegle po obu stronach Atlantyku. Świadomość potęgi militarnej dodaje Amerykanom pewności siebie, przekłada się na kulturę polityczną i strategiczną. Syndrom 11 września i coraz bardziej Iraku tylko w niewielkim stopniu to zmienia. Po mniej więcej 150 latach wspólnej historii Europa i Ameryka zamieniają się miejscami. Ameryka nadal wierzy przede wszystkim w siłę militarną, Europa będąca przez wiele wieków siedliskiem boga wojny, po doświadczeniach dwóch wojen światowych, już nie. Woli dyplomację i negocjacje. Agresja i stanowczość zostaje zastąpiona przez poprawność polityczną. Tak jest w polityce międzynarodowej, w stosunkach z Rosją, w postrzeganiu i odnoszeniu się do dyktatorów, "państw zbójeckich", w relacjach ze światem islamu. Stany Zjednoczone widzą to inaczej. Różnice te, przechodzą w pęknięcia. Występują one coraz bardziej także w kulturze.
Religia nadal więcej znaczy dla Amerykanów niż Europejczyków i więcej jest jej w życiu politycznym, choć nie brakuje z tego powodu protestów. Jednak purytańska do niedawna Ameryka przeżywa swoją rewolucję kulturalną. Następuje jakby odwrócenie moralności, jak twierdzi były kandydat na prezydenta USA Patrick J. Buchanan: "To, co kiedyś było niemoralne i karygodne, staje się postępowe i chwalebne. Seks, sława, pieniądze, władza - wokół nich obraca się nowa Ameryka"
W tych akurat kwestiach przewartościowań kulturowych nie ma wielkich różnic między elitami Ameryki i Europy Zachodniej. Źródłem tych zmian jest przede wszystkim masowa migracja i narastający problem wielokulturowości, a to rodzi wyzwania i problemy. Próby ich rozwiązywania kłócą się nie tylko z duchem tożsamości kulturowej, lecz urągają zdrowemu rozsądkowi, jak choćby w przypadku kart wielkanocnych czy bożonarodzeniowych, kiedy to z powodu poprawności politycznej eliminuje się (np. w Stanach Zjednoczonych, czy we Francji) jakikolwiek kontekst chrześcijański. Zachód czyni różne ustępstwa i koncesje, masowo daje zgodę na budowę meczetów, wprowadza niepisaną cenzurę na niektóre słowa, takie jak np. "krucjata", unika jakichkolwiek skojarzeń o podtekście religijnym
lub obyczajowym, które mogłyby być wykorzystane przez kręgi fundamentalistyczne. Innymi słowy, Zachód okazuje swe słabości, cofa się, nagina i osłabia nawet te kanony i instytucje, które są jego ostoją, jak prawo i wymiar sprawiedliwości. Przykłady procesu O.J. Simpsona w Stanach Zjednoczonych, czy zachowawczość władz we Francji wobec zamieszek na tle etniczno-rasowym, są niezwykle wymownym przykładem. Inni, czy to krąg konfucjański, czy islam, takich problemów nie mają, nie okazując nawet odrobiny dobrej woli w takich kwestiach, jak prawa człowieka, czy tolerancja religijna i kulturowa.
Problem nie nowy. Symptomy, jak już podkreślałem, pojawiały się już w okresie międzywojennym i później, gdy zimna wojna i wymogi rywalizacji Wschód - Zachód przesłaniały inne sprawy. Warto zacytować Jamesa Burnhama, który w "Samobójstwie Zachodu", w 1964 r., tak pisał o tym problemie: "Nie wiem jaki jest powód wyjątkowo szybkiego upadku Zarodu, ale najlepiej ilustruje ten proces pogłębiająca się u przywódców Zachodu utrata wiary w samych siebie, w wyjątkowość ich własnej cywilizacji oraz związana z tym słabość zachodniej woli przetrwania. Myślę, że powód, czy też powody, mają wiele wspólnego z rozpadem religii i nadmiarem materialnego luksusu oraz zmęczeniem, wyczerpaniem, które ma miejsce w wypadku wszystkich doczesnych spraw"
James J. Buchanan, który zamieszcza ten cytat i w pełni się z nim solidaryzuje, w pełnej pasji książce też o znamienitym tytule "Śmierć Zachodu", sam stawia diagnozę tej postępującej choroby Zachodu. Pisze on tak: "Zachód jest najbardziej rozwiniętą cywilizacją w historii a Ameryka najbardziej rozwiniętym krajem - pierwszym na polu gospodarczym, naukowym, technologicznym i militarnym. Nie istnieje drugie supermocarstwo o podobnie wielkiej mocy. Europa, Japonia i Ameryka kontrolują dwie trzecie światowych bogactw, dochodów i mocy produkcyjnych. Ale Ameryka i Zachód stoją przed czterema wyraźnymi niebezpieczeństwami. Pierwszym z nich jest wymierająca populacja. Drugim jest masowa imigracja ludzi różnych kolorów skóry, wyznań i kultur, zmieniających charakter Zachodu na zawsze. Trzecim jest dojście do wpływów zapewniających dominację anty-Zachodniej kultury na samym Zachodzie; kultury głęboko wrogiej wobec jego religii, tradycji i moralności; kultury, która już oddaliła się od Zachodu. Czwartym jest rozpad narodów i niemoc elit rządzących wobec rządu światowego, którego powstanie pociąga za sobą koniec narodów"
Z głównym nurtem myśli Buchanana można się zgodzić, nawet jeśli nie do końca wiadomo co oznaczają słowa o rządzie światowym i nawet jeśli niektóre elementy tej diagnozy mogą budzić wątpliwości. Można się jednak domyślać, że owym rządem światowym są struktury międzynarodowe - multilateralizm, w tym ONZ, NATO, UE i inne organizacje międzynarodowe, jakie jak MFW, Bank Światowy, WTO. Przede wszystkim jednak korporacje międzynarodowe, które amerykański polityk uważa za prawdziwe ośrodki władzy i obwinia o różne grzechy i niecne czyny w mętnej wodzie globalizacji. Jaka byłaby alternatywa? To chyba jasne. Dalsza, jak dawniej hegemonia Zachodu, a w praktyce Ameryki.
Jedynym w pełni zobiektywizowanym czynnikiem, który od kilkunastu lat uzasadnia alarmistyczne głosy o zmierzchu Zachodu są tendencje demograficzne, a przede wszystkim spadek urodzeń we wszystkich państwach tego obszaru. W wielu z nich, głównie w Europie, wskaźnik urodzeń jest niższy niż wskaźnik śmiertelności. Nieco lepiej jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie ilość urodzin tylko raz w historii osiągnęła ujemny poziom przyrostu naturalnego. Nastąpiło to w latach 30. XX wieku i było skutkiem ogromnej recesji gospodarczej, do jakiej doszło po wielkim krachu na giełdzie nowojorskiej w październiku 1929 r. Problemy demograficzne Zachodu łagodzone są przez znaczny dopływ imigrantów, a zwłaszcza młodych ludzi, pochodzących z różnych kręgów kulturowych. Rodzi to jednak szereg dalszych problemów o charakterze ekonomicznym, rasowym, religijnym, także politycznym.
Procesy demograficzne zachodzące w obszarze cywilizacji zachodniej nie są jednakowe. Charakteryzują się zarówno podobieństwem, jak i znacznym zróżnicowaniem. Stany Zjednoczone zachowują większą prężność demograficzną niż Europa, ale wynika to głównie ze specyfiki rasowej amerykańskiego tygla, gdzie tradycyjnie wyższym wskaźnikiem rozrodczości wykazują się rasy pochodzenia nieeuropejskiego (Latynosi, Azjaci, Afroamerykanie). Europa, mimo zwiększającej się imigracji z obszarów innych cywilizacji, głównie islamskiej, gdzie kobiety charakteryzują się tradycyjnie wyższą dzietnością, pozostaje nadal rasowo bardziej jednorodna, a to prowadzi do smutnej konstatacji, że po obu stronach Atlantyku białe rodziny mają coraz mniej dzieci, co tworzy wspólny mianownik problemów demograficznych Zachodu. Problem musi więc tkwić w kulturze, ale zanim powiemy więcej o przyczynach tego zjawiska, rozpatrzmy jeszcze jego zasięg i skalę.
Powagę sytuacji ilustrują dane statystyczne ukazujące zmniejszanie się procentowego udziału ludności Zachodu w całości populacji świata. O ile w 1900 r. było to 30%, a dalsze 15% mieszkało na obszarach kontrolowanych przez Zachód, o tyle w 1950 r., było to odpowiednio 25% i 20% całości populacji. Znaczne przyspieszenie procesów demograficznych, niekorzystnych dla Zachodu, mimo "baby boomers" (boomu urodzeń) lat 50., nastąpiło na początku lat 60. XX wieku i wiązało się z jednej strony z coraz szybszym spadkiem urodzin w Ameryce i Europie Zachodniej, a także z eksplozją demograficzną w krajach Trzeciego Świata. W 1970 r. udział ludności Zachodu zmniejszył się do 14,4%, a w 2006 r. wynosił około 12% całości populacji globu
Prognozy nie są optymistyczne dla Zachodu. Przewiduje się, że do 2025 r. nastąpi dalszy spadek udziału ludności tego obszaru do 10,1% populacji świata, a do 2050 r. do ok. 9%. Ten malejący udział ludności Zachodu przełoży się także na inne wskaźniki, takie jak udział w światowym PKB, w światowej produkcji przemysłowej i innych działach gospodarki, a także we wskaźnikach dotyczących potencjału wojskowego, zwłaszcza jeśli chodzi o procentowy udział armii krajów zachodnich w siłach zbrojnych całego świata. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można prognozować, że obniżeniu ulegnie udział Zachodu we wszystkich tych sektorach ludzkiej działalności, w których proces wytwórczy opiera się o dużą liczbę ludności lub tam, gdzie ilościowy potencjał ludnościowy jest istotnym czynnikiem rozwoju. Zachód może zachować lub nawet zwiększyć przewagę na przykład w sektorze badawczo-rozwojowym i innowacyjnym - choć i to budzić może pewne wątpliwości - lecz trudno będzie ją utrzymać w sektorach bardziej ekstensywnych, zależnych od procesów demograficznych.
Przedstawione liczby nie odzwierciedlają jednak prawdziwej skali problemów demograficznych Zachodu, gdyż ujmują tzw. przyrost rzeczywisty, a więc obraz mieszkańców tego obszaru, otrzymany poprzez zestawienie przyrostu naturalnego oraz współczynnika migracji. Prawdziwy problem Zachodu, a przede wszystkim Europy (zarówno Zachodniej jak i Wschodniej), polega na tym, że zatracana jest zdolność do reprodukcji prostej (odtworzenia) ludności. Odpowiedni najniższy wskaźnik, gwarantujący reprodukcję prostą wynosi 2,00 urodzeń na jedną kobietę (tzw. wskaźnik rozrodczości), przy czym do jakiegokolwiek rozwoju (przyrostu naturalnego) potrzebny jest wskaźnik wyższy, na poziomie 2,01. Europa już dawno zatraciła tę zdolność, Stany Zjednoczone nadal ją zachowują przy wskaźniku 2,08 urodzeń na jedną kobietę w wieku rozrodczym. Cały obszar Europy, z wyjątkiem Albanii, charakteryzuje się wskaźnikiem dzietności poniżej 2,00 przy czym najniższe wskaźniki wykazują niegdyś uznawane za prężne demograficznie kraje Europy Południowej (Hiszpania, Włochy), gdzie współczynnik ten nieznacznie przekracza 1,00. Najwyższym wskaźnikiem legitymuje się Francja - 1,97 co nie tyle jest zasługą rodowitych Francuzów, co przybyłych do Francji emigrantów z krajów Magrebu i innych krajów frankofońskich
Sytuację demograficzną niektórych krajów Unii Europejskiej ratuje imigracja, dzięki czemu, przy ujemnym przyroście naturalnym, mogą nadal chwalić się przyrostem rzeczywistym, a więc wzrostem liczby mieszkańców. Dotyczy to szczególnie takich krajów jak Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Holandia. Nie zmienia to jednak faktu, że od dwóch generacji sytuacja demograficzna Europy Zachodniej, a także coraz bardziej Europy Środkowej i Wschodniej (zwłaszcza Rosji) pogarsza się. Kraje europejskie, a zwłaszcza zachodnia część kontynentu, już w latach 60. XX wieku weszły w tzw. fazę posttransformacyjną, charakteryzującą się tym, że współczynnik zgonów i urodzeń stabilizują się na niskim poziomie a liczba ludności pozostaje stała lub spada. Dodatkowym czynnikiem jest wzrost oczekiwanej długości życia, która staje się relatywnie coraz wyższa, powodując podniesienie średniej wieku i duży odsetek ludzi starych. Klasycznym przykładem stały się Włochy, kraj niegdyś (szczególnie w okresie faszyzmu) chełpiący się symbolem "l?amante latino", gwarantującym "miłość i rozrodczość", z którego dumny był każdy Włoch, obecnie wykazujący się wyższym wskaźnikiem zgonów (9,8) niż urodzeń (9,4).
Sytuacja ta ma i mieć będzie dalsze reperkusje. Przede wszystkim, mimo napływu emigrantów, spada liczba ludność Europy. Na razie w stopniu ledwie zauważalnym (w 2000 r. ludność ta liczyła 729.986 tys., w 2005 r. - 724.722 tys.), lecz prognozy przewidują coraz wyższe tempo spadku. Przewiduje się, że w 2025 r., ludność Europy wyniesie 696.036 tys., a w 2050 r., około 650 mln. osób. Procesy te nie rozkładają się równomiernie. Większe problemy mieć będą kraje biedniejsze, które mimo relatywnie wyższego przyrostu naturalnego, nie są krajami imigracji, same raczej dostarczają emigrantów krajom bogatszym. Dla tych ostatnich to, co dzisiaj przyprawia o ból głowy polityków i obywateli innych krajów, emigranci z różnych stron świat (z preferencjami dla Europy Wschodniej) mogą stać się dobrodziejstwem, ratującym budżet socjalny. Starzejąca się Europa już dzisiaj stoi przed problemem utrzymania zwiększającej się liczby emerytów. W większości krajów Europy Zachodniej na jednego emeryta przypadają tylko cztery osoby w wieku produkcyjnym. Może to prowadzić do załamania się systemu emerytalnego tych państw, zacznie bowiem brakować siły roboczej, zdolnej utrzymać rosnącą armię emerytów. W 2050 r. na jedną osobę w wieku ponad 65 lat, przypadną zaledwie dwie osoby w wieku produkcyjnym, a średnia wieku połowy Europejczyków przekroczy 50 lat. O ile kraje Europy Zachodniej nie dokonują w najbliższych latach radykalnej reformy swych systemów emerytalnych to czeka je kryzys finansów publicznych
Podobny problem zaczyna nurtować Japonię, której mieszkańcy mogą oczekiwać najdłuższego życia spośród mieszkańców świata. W lepszej sytuacji jest Ameryka, ale przede wszystkim dlatego, że jej sytuacja demograficzna łagodzona jest napływem imigrantów. Wykazując się ciągle wskaźnikiem rozrodczości kobiet przekraczającym 2,0 (nieznacznie, bo o 0,8 i do tego malejącym) i wysokim współczynnikiem imigracji - 3,31 na 1000 mieszkańców, Amerykanie mogą znacznie spokojnie patrzeć w przyszłości niż Europejczycy. Przewiduje się, że ludność Stanów Zjednoczonych, której liczba przekroczyła w dniu 17 października 2006 r. 300 mln. wzrośnie do 415 mln w 2050 r., a średni wiek mieszkańca USA wyniesie 39 lat
Nie wszyscy w Stanach Zjednoczonych podzielają równie optymistyczną wizję rozwoju amerykańskiej populacji. Coraz częściej i coraz głośniej podkreśla się, że może to być już inna Ameryka, mentalnie i kultowo, gdyż wskaźniki ludności białej, pochodzenia europejskiego, może spaść poniżej 50%. Dla niektórych polityków, naukowców i publicystów symptomy kryzysu kulturowego i demograficznego już dziś są na tyle poważne, że zaczynają bić na alarm. W Śmierci Zachodu, Buchanan tak pisze na ten temat, odnosząc się przede wszystkim do cywilizacyjnego fenomenu (będącego głównie cechą Zachodu) spadku dzietności kobiet i generalnie liczebności rodzin: "Skoro dziesiątki milionów amerykańskich młodych mężczyzn i kobiet zdecydowanie nie chce mieć dzieci, albo nie chce mieć więcej niż jedno, Ameryka albo zaakceptuje masową imigrację albo podzieli los Japonii i Europy. Ale Ameryka ma jeszcze czas na działanie. Jeśli więc Amerykanie chcą zachować swoją cywilizację i kulturę, amerykańskie kobiety muszą mieć więcej dzieci. Gdy nie ma gwarancji, że sama zachęta rządu zmieni nastawienie kobiet, można na powrót wpleść do polityki narodowej wątek pro-rodzinny i pro-macierzyński. Bo co jest ważniejsze niż trwałość amerykańskiego narodu i kraju?"
Co jest przyczyną tego problemu? Czy symptomy znacznie głębszego kryzysu Zachodu, czy ujawniające się oznaki ogólnych procesów demograficznych? Problem jest skomplikowany, ale w tym miejscu ograniczę się tylko do niektórych kwestii kulturowych mających związek z demografią. Wspomnianemu procesowi spadku procentowego udziału ludności Zachodu w całości populacji świata, towarzyszy jeszcze jedna tendencja - spadku udziału państw Zachodu w statystykach najludniejszych państw świata.
O ile w 1950 r. wśród 12 największych pod względem ludnościowym państw świata było 6 państw zachodnich (USA, Japonia, RFN, Wielka Brytania, Włochy, Francja), o tyle w 2000 r. już tylko 3 (USA, Japonia, Niemcy), a w 2050 r. pozostanie tylko jedno państwo - Stany Zjednoczone. Jednocześnie jednak w miarę rozwoju populacji świata, od pewnego momentu zaznacza się spadek tempa eksplozji demograficznego (momentem granicznym jest rok 1999), by według prognoz, ustabilizować się gdzieś na przełomie XXI i XXII wieku, na poziomie niewiele przekraczającym reprodukcję prostą
Przedstawione tendencje sugerują, że przyczyny demograficznego kryzysu Zachodu tkwią przede wszystkim w nim samym, a z drugiej strony pojawiają się symptomy innego zjawiska, którego do końca nie rozumiemy, ale który być może sprowadza się do tego, że świat coraz bardziej będący globalną wioską, może ulegać procesom uniwersalizacji, także w takiej kwestii jak demografia. Jeśli chodzi o Zachód to przyczyn pogłębiającego się kryzysu demograficznego należy upatrywać w przemianach kulturowych, społecznych i gospodarczych, które zostały zapoczątkowane w latach 60. XX wieku, choć zapewne korzeniami sięgają one jeszcze głębiej. Główne wektory tych przemian, w warunkach dojrzewającego szczególnie w Europie Zachodniej, państwa dobrobytu, to nowe wzorce konsumpcji i zmian wzorców kulturowych, odchodzenie od religii, kształtowanie nowych postaw moralnych, zarówno zbiorowych, jak i indywidualnych.
Kształtował się nowy model życia, w którym liczyła się kariera, pieniądze, wygoda i komfort. W tej skali wartości posiadanie dzieci przestało być priorytetem, a nawet mogły one przeszkadzać w jego realizacji.
Przemiany te charakteryzowały się wystąpieniem jeszcze jednego czynnika, który niezwykle destrukcyjne oddziaływał na zdolności prokreacyjne jednostek i całego społeczeństwa. Była nim kultura śmierci ukształtowana znaczne wcześniej, niż ponura jej nazwa. Jej forpocztą była pigułka antykoncepcyjna, od początków lat 60. XX wieku rozpowszechniona w Stanach Zjednoczonych, a potem w Europie. Pod koniec lat 70. już blisko połowa kobiet Zachodu zażywała pigułki antykoncepcyjne częściej niż aspirynę, a wkrótce tym kobietom, którym zdarzył się przypadek zapomnienia lub braku zdolności przewidywania skutków nowego stylu życia, w sukurs przyszedł wynalazek profesora Beaulieu - pigułka poronna (RU 486). W miarę bezboleśnie usuwająca skutki "roztargnienia"
Aborcja, antykoncepcja, sterylizacja, eutanazja to "twarde" aspekty kultury śmierci. Bardziej łagodne, w wersji "soft" to rewolucja narkotykowa, prowadząca do stopniowej legalizacji lekkich narkotyków w niektórych krajach Europy, kryzys małżeństwa, rozwody, wolne związki. Model "DINKS" (double income, no kids) wolnego związku kobiety i mężczyzny, obojga pracujących, bez dzieci, zastępuje tradycyjny związek małżeński, dodatkowo osłabiany szumem wokół wolności dla związków homoseksualnych.
Swój wkład na rzecz rozpadu tradycyjnych związków i instytucji rodzinno-społecznych wnoszą ruchy feministyczne, mające niekiedy więcej wspólnego z seksizmem niż z działaniami na rzecz równouprawnienia kobiet. Te ostatnie różne miały oblicza, nie zawsze przybierające postać słusznych postulatów o prawa wyborcze kobiet. Równie mocno przebijały się inne symbole. Na Wschodzie kobiety na traktorze na równi z mężczyznami budującymi socjalizm (etos kobiety radzieckiej) a na Zachodzie batalii o prawa do "jednonocnej przygody", czy do kilku drinków w barze dla mężczyzn.
Elementem nowej gry było odsunięcie autorytetów: kościołów, filozofów, twórców, intelektualistów. Ukształtowane za prezydentury Kennedy?ego określenie "jajogłowi", mówiło samo za siebie. Ton zaczęła nadawać pop-kultura i ona kształtowała wzorce życia i zachowania. Przestrogi zawarte w encyklice "Rerum Novarum" przestrzegające przez zmianą roli kobiety i mężczyzny w społeczeństwie i rodzinie, u progu nowej ery, pozostały na papierze. Pracodawcy odeszli od wiekowych zasad, zgodnie z którymi zarobki mężczyzny powinny wystarczyć na utrzymanie całej rodziny. Postulaty o równouprawnienie płci zrównały wszystkich na niższym poziomie. Kobiety poszły do pracy nie mając już czasu by mieć więcej niż jedno dziecko, a i to jego wychowanie powierzając szkole i instytucjom społecznym (a często po prostu ulicy). Kształtowanie nowych wzorców trwa do dziś i ciągle jest w fazie eksperymentów.
Równie szybko, poprzez nowe oblicze demografii, zaczęły sprawdzać się przestrogi Pawła VI, zawarte w encyklice "Humanae Vitae", o skutkach antykoncepcji i aborcji. Na serio Zachód potraktował chyba tylko jedno ostrzeżenie, XVIII-wiecznego uczonego Thomasa Malthusa, który stwierdził, że niekontrolowany przyrost naturalny prowadzić będzie do przeludnienia świata i klęski głodu. Przeciwdziałanie widmu klęski malthusańskiej zaczął Zachód - można powiedzieć - od siebie i robi to coraz skuteczniej.
Teza, że Zachód nie jest monolitem, nie jest nowa. Od dawna można było dostrzec, że oba brzegi Atlantyku łączą zarówno wspólne wartości, jak i różnice. Kształtowały się one w toku historycznego procesu rozwoju, odmienności położenia geopolitycznego, rywalizacji i ambicji europejskich mocarstw, ale i amerykańskiej specyfiki, narastającej w warunkach budowy narodu opartego o różne grupy etniczno-kulturowe z całego świata. Korzenie i tradycje europejskie, chrześcijańskie, odgrywały w niej decydującą rolę, ale i wpływ kultur pozaeuropejskich też dawał coraz mocniej o sobie znać.
Oznaki rozwoju i kryzysu Europy i Ameryki nie są symetryczne: ani w demografii, ani w gospodarce, ani w kulturze, ani w wielu innych dziedzinach, także w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa. Przez prawie 50 lat skrzętnie przykrywały je i kamuflowały obawy przed komunizmem i wymogi zimnej wojny. Upadek komunizmu, a wraz z nim państwo sowieckie - "imperium zła", jak topniejący śnieg, odsłonił nagie fakty, a wydarzenia 11 września i ich konsekwencje, w tym kryzys iracki, ujawniły znaczne różnice. Europa i Ameryka przestały udawać, że mają wspólny pogląd na świat i że chciałby go formować na tę samą modłę.
Zachód zaczął się różnicować i coraz bardziej to sobie uświadamiać, ale różnice i linie podziałów niekoniecznie układały się środkiem Atlantyku. Często przecinają one w poprzek kontynent europejski i amerykański. Niekiedy są one na tyle poważne, że można je nazwać pęknięciami wewnątrz cywilizacji zachodniej. Dotyczy to szczególnie kultury, od wzorców moralnych i etycznych, nowych kanonów sztuki i piękna, kształtowanych przez kulturę masową, aż po kulturę polityczną i strategiczną. Tocząca się od kilkudziesięciu lat wewnątrz społeczeństw Zachodu swoista rewolucja kulturalna prowadzi do podziałów i pęknięć, które niekiedy niewiele mają wspólnego z podziałem na część europejską i amerykańską. Jest to walka w łonie Zachodu o wartości, o wzorce i symbole, o granice wolności i tolerancji, o model wychowania i edukacji, o rolę religii i jej związek z kulturą, a także o wiele innych kwestii mających konotację kulturową.
Jak niegdyś w Średniowieczu spór o uniwersalia zagrzewał emocje i prowadził do podziałów w łonie Kościoła i chrześcijaństwa, tak dziś spory na tle moralności i kultury prowadzą do pęknięć wewnątrz cywilizacji zachodniej.
Niektórzy teoretycy mówią nawet o zderzeniach na tym tle wewnątrz, jak się wydawało, kulturowo-homogenicznej cywilizacji. James Kurth tak mówi na ten temat: "Prawdziwe zderzenie cywilizacji nie następuje między Zachodem a resztą świata. Nastąpi ono między Zachodem a Post-Zachodem, wewnątrz samego Zachodu. Zderzenia cywilizacji ma już miejsce wewnątrz mózgu zachodniej cywilizacji w umysłach amerykańskiej klasy intelektualnej. Teraz przenosi się z tej głowy na ciało polityczne"
Cytat ten i zawarta w nim myśl godna jest uwagi z innego jeszcze punktu widzenia. Różnice kulturowe są sprawą naturalną. Występują nawet w ramach społeczności lokalnych i regionalnych nie mówiąc o przestrzeniach cywilizacyjnych. Ważne jednak, by nie doprowadzały one do rowów i przepaści, by nie zagrażały podstawom wspólnej tożsamości, by nie były przenoszone na sprawy najważniejsze dla narodów, na sprawy egzystencjalne, a więc na bezpieczeństwo, na wspomniane w cytacie "ciało polityczne". Problem polega na tym, na ile różnice kulturowe są konceptualizowane w postaci teorii, doktryn i strategii politycznych. Oznaczałoby to nie tylko faktyczne pęknięcia, lecz rosnące niebezpieczeństwo zdarzeń wewnątrz cywilizacji. Pęknięcia bowiem tworzyć się mogą same pod wpływem zmian kulturowych, lecz do tego aby doszło do zderzeń niezbędny jest także element woli. W kwestii kultury, programów rozwoju, moralności, gospodarki, nawet polityki, zderzenia są nieuchronne, w kwestiach podstawowych wartości niewykluczone, w kwestiach nadrzędnych, takich jak wspólne bezpieczeństwo - szkodliwe, bo mogą prowadzić do zanegowania istoty sojuszy polityczno-militarnych. To one, a przede wszystkim utworzenie NATO, Sojuszu Północnoatlantyckiego, w 1949 r., przesądziło o tym, że obok terminu "Zachód", pojawił się termin "cywilizacji euroatlantyckiej". Cementowały ją, obok poczucia wspólnego zagrożenia przed komunizmem, wspólne wartości, takie jak: demokracja, prawa człowieka, ochrona mniejszości narodowych i ich praw, wolności religijne, gospodarka rynkowa, państwo prawa, uspołecznianie decyzji politycznych i otwartości życia politycznego, tolerancja dla innych poglądów, ale i determinacja w przestrzeganiu zasad społeczeństwa demokratycznego i obywatelskiego.
Jeśli zaś chodzi o stosunki międzynarodowe to Zachód, a przede wszystkim Stany Zjednoczone, tworzyły zręby nowych porządków międzynarodowych, począwszy od programu prezydenta Wilsona (słynne "14 punktów"). Ich trzonem był silny multilateralizm (Liga Narodów, a po II wojnie światowej ONZ), prawo międzynarodowe, zakaz wojny i użycia siły, rozwój prawa międzynarodowego, pokojowe rozstrzyganie sporów międzynarodowych, zasady równości i suwerenności, poszanowania praw człowieka, sądownictwo międzynarodowe, powszechny system bezpieczeństwa międzynarodowego, oparty o szczególną pozycję wielkich mocarstw jako stałych członków Rady Bezpieczeństwa. I cywilizacja euroatlantycka, oparta o potęgę gospodarczo-militarną Stanów Zjednoczonych i łączący oba brzegi Sojusz Północnoatlantycki, jako gwaranta zachowania demokratycznych swobód, zasad i wartości wolnego świata. Czy wartości te, zasady i struktury są nadal podstawą i spoiwem cywilizacji euroatlantyckiej i jej systemu bezpieczeństwa?
Można powiedzieć, że w decydującym stopniu tak, choć dystans jaki zawsze istniał dzięki "wielkiej wodzie", jakby się powiększał. Widać to wyraźnie w takich kwestiach jak kultura strategiczna, zwłaszcza w zakresie percepcji zagrożeń dla bezpieczeństwa, rola czynnika militarnego i użycia siły w stosunkach międzynarodowych, stosunku do ONZ i multilateralizmu.
Stany Zjednoczone są nadal supermocarstwem, ze wszystkimi parametrami tego statusu, ale być może to właśnie przewaga militarna i myślenie na częstotliwości militarnej najlepiej oddaje amerykańską specyfikę. Ameryka jest hegemonem, który na tym tle zaczyna mieć problemy sam ze sobą: utrzymanie przewagi militarnej, hegemonii, staje się celem samym w sobie. Wizja utraty dominacji - obsesją i przekleństwem.
Natura nowych, zwłaszcza asymetrycznych zagrożeń dla bezpieczeństwa, powoduje, że do ich zwalczania Stany Zjednoczone nadal potrzebują Europy. Potrzebują jej także do tego, by próbować zmieniać porządek międzynarodowy i współkształtować odpowiedzialność za bezpieczeństwo międzynarodowe, choć ani z rozmiarów ani z form europejskiego wkładu w bezpieczeństwo [chodzi o ESDP] Amerykanie zbyt zadowoleni nie są. Europa jeszcze bardziej potrzebuje Ameryki i to zarówno do zwalczanie cywilnych, "miękkich", jak i "twardych" zagrożeń, nawet jeśli europejska percepcja ich nie wyczuwa. Powrotu do stosunków transatlantyckich z okresu zimnej wojny i bezkrytycznej akceptacji amerykańskiego przywództwa przez Europejczyków już jednak nie będzie. Stosunki transatlantyckie będą coraz mniej wspólnotą wartości a coraz bardziej wspólnotą interesów. Jednak jak twierdzi Roland Asmus: ciśnienie globalnych problemów zassie Amerykę i Europę do współpracy.
Dla stosunków transatlantyckich błogosławieństwem jest istnienie NATO. Sojusz przechodzi trudną transformację, ale nadal jest spoiwem tych stosunków. Jednak jego rola i zadania zmieniają się - można powiedzieć - pod dyktando Stanów Zjednoczonych. Staje się z wolna, choć z oporami "starej Europy", narzędziem global governance, globalnego zarządzania bezpieczeństwem, także poza obszarem traktatowym. Narzucone jeszcze w okresie Rumsfelda koncepcje NATO jako "skrzynki na narzędzia" i "misja określa koalicję" nie umacniały NATO jako paktu wojskowego, osłabiając i tak niepełny automatyzm art. 5 Traktatu Waszyngtońskiego. Wydaje się jednak, że będą one ulegać ewolucji, biorąc pod uwagę zmiany, które nastąpiły w kierownictwie Pentagonu, a także krytykę tych koncepcji na ostatnim szczycie NATO w Rydze, w listopadzie 2006 r. Skutkiem osłabiania casus foederis NATO może być większa mobilizacja Europejczyków do zbudowania efektywnej Europejskiej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony [ESDP].
Zachód jest najbardziej rozwiniętą cywilizacją w historii a Ameryka najbardziej rozwiniętym krajem
Ale tak jak Jowisz nie dał Rzymianom imperium sine fine, tak potęga Ameryki i Zachodu nie trwać będzie wiecznie. I nie chodzi tylko o względy egzystencjalne, względy przemijania. Symptomy kryzysu są coraz wyraźniejsze. Najsilniejsze z nich związane są z demografią. Europa już od siedmiu lat notuje spadek liczby ludności, Amerykę ratują przypływy emigrantów. Europa starzeje się w strasznym tempie, otwarcie granic dla przybyszów spoza Unii będzie więc nieuchronne. Za jaką jednak cenę?
Migracja ludzi różnych kolorów skóry, wyznań, kultur i zwyczajów tworzy mieszankę wybuchową, skalę problemów nie do wyobrażenia. Wizja płonących przedmieść Paryża i innych miast Francji sprzed dwóch lat staje się nocnym koszmarem burmistrzów wielu miast mających wielorasową i wielokulturową populację. Jest jednak jeszcze gorzej. Tak jak napływ Latynosów zmienia Zachodnie Wybrzeże, a może całą Amerykę na tyle, że mówi się o zmianie tożsamości Stanów Zjednoczonych, tak migracja islamska zmienia Zachodnią Europę. Kraje, które jak ognia unikają jakiekolwiek wzmianki o chrześcijańskich korzeniach Europy, nie mają oporów w wydawaniu masowych zezwoleń na budowę meczetów, nie robią też nic, by uzyskać jakąkolwiek wzajemność na innych obszarach wyznaniowych, poza Europą.
Można by powiedzieć, że istnieje swoista symetria między tolerancją Zachodu a nietolerancją Wschodu, choć tu przede wszystkim o islam chodzi. Jednocześnie widmo zderzeń kulturowych i cywilizacyjnych tak paraliżuje Zachód, że erozji ulegają kanony wolności i równości. Niemieckie gazety kpią z katolicyzmu, ale jak ognia unikają podobnych aktów wobec islamu, a w Stanach Zjednoczonych obawy związane z potencjalnymi zamieszkami na tle rasowym są tak wielkie, że gdy w sądach zderzają się racje białych lub kolorowych, to można mieć pewność, iż argumenty tych ostatnich wezmą górę. Syndrom procesu (a raczej jego skutków) O.J. Simsona tak zrelatywizował amerykański wymiar sprawiedliwości - a podobnych przypadków jest bez liku - że coraz częściej na uniwersyteckich wykładach prawa karnego, służy on jako przykład patologii, po który sięga się równie łatwo jak po przykłady rodem z Rosji, Białorusi czy krajów islamskich.
Zjawiska po obu stronach Atlantyku nie są jednak symetryczne. Stany Zjednoczone, mimo takich czy innych oznak słabości, dekadencji czy kryzysu, są jednak znacznie prężniejsze, szybciej się rozwijają, monopolizują sferę nauki i innowacyjności. Mają wizję utrzymania hegemonii a to oznacza ekspansję. Są źle rządzone, nie wykorzystują więc możliwości, a w dodatku szkodzą własnemu wizerunkowi. Ale póki co nie tracą przewagi, a w niektórych sferach ją nawet powiększają.
Gorzej jest z Europą. Co prawda Jeremy Rifkin twierdzi, że Europa (Unia Europejska) jest lepsza, bo zapewnia swoim obywatelom kapitalizm z ludzką twarzą, czyli osłony socjalne, ale niewielu Amerykanów, mimo krytyki własnego systemu, jest skłonnych tezę tą podzielić.
Nie jest to jedyny przykład europejskiej beztroski w sprawach bezpieczeństwa. Co prawda europejska percepcja zagrożeń dla bezpieczeństwa jest inna, niż amerykańska i Europa nie czuje się, od kiedy upadł komunizm a z nim ZSRR, szczególnie zagrożona [pozostając niema wobec nawrotu patologii w polityce rosyjskiej ], ale problem polega na tym, że również nowe zagrożenia Unia Europejska postrzega inaczej niż Ameryka. A to przekłada się na europejskie podejście do NATO oraz do budowy własnych zdolności obronnych w ramach ESDP. A tak naprawdę to status amerykańskiego protektoratu, w ramach którego w czasie zimnej wojny Stany Zjednoczone roztaczały nad Europą wojskowy parasol ochronny, bardzo Europie odpowiadał. Chyba coś z tego Europejczykom zostało.
Relacje sił, potencjału i wpływów w świecie wolno zmieniają się na niekorzyść Zachodu. Będzie to nieuchronne, zwłaszcza w miarę zmian proporcji populacji i zmniejszania udziału ludności państw Zachodu w całości populacji świata. Do tego trzeba dodać inne jeszcze źródła narastających słabości. Ale, powtórzmy to jeszcze raz, Zachodowi nie brakuje środków i zdolności, aby odeprzeć zagrożenia, przezwyciężyć słabości, stworzyć podstawy odrodzenia. Problem jednak w tym, by chcieć i mieć dość silnej woli i determinacji, by tego dokonać. A z tym, w wygodnych społeczeństwach zachodnich, coraz trudniej.