2012 Lutego 4
Realia Strona glowna
Sierpień NR 4 (25) 2011
Cien
Od redakcji

Niewątpliwie najgoręcej dyskutowanym tematem w ostatnich tygodniach jest stan naszego państwa. Dobrze, że ma to miejsce w okresie przedwyborczym, kiedy w sposób naturalny wzrasta zainteresowanie tematyką społeczną. Opublikowanie długo oczekiwanego raportu zespołu badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej sprawiło, że uwaga opinii publicznej skupiła się na sytuacji w armii, a zwłaszcza na 36 pułku specjalnym, odpowiedzialnym za przewóz najważniejszych osób w państwie. Osobiś

Archiwum Horst Langes Sierpień NR 4 (25) 2011

Znaczenie chrześcijaństwa dla dzisiejszej Europy

Być może wolno też w ogóle zapytać, czym byłaby Europa bez chrześcijaństwa?! Obecna dyskusja tocząca się w Unii Europejskiej koncentruje się na kwestii, czy dla UE potrzebujemy Konstytucji czy też wystarczy Traktat konstytucyjny. Do tej pory 18 spośród 27 państw UE przyjęło projekt takiego Traktatu; Francja i Holandia odrzuciły go w referendach. Dlaczego tak się stało? Jako pierwszy powód należy wymienić fakt, iż projekt był zbyt obszerny. W rozdziale trzecim zebrano cały dorobek prawny Europy z okresu ostatnich 50 lat istnienia Unii (tego rozdziału z pewnością nie przeczytali ani Francuzi, ani Holendrzy). Poza tym nie zabrakło też tych, którzy jako główną przyczynę braku akceptacji dla projektu Traktatu wymieniali fakt, iż wartości Unii Europejskiej, wywodzące się ze źródeł chrześcijaństwa, nie zostały podkreślone w sposób dostateczny. Przywoływano w tym kontekście brak lnvicatio Dei - odwołania do Boga. Z kolei jeszcze inni przywoływali argument, że oparcie się o wartości na fundamencie grecko-rzymskim oraz judeochrześcijańskim nie można pogodzić z ich laickimi przekonaniami. Ten argument najsilniej podnoszony był właśnie we Francji i Holandii, gdzie myślenie laickie w duchu XIX wieku jeszcze dziś ma wpływ na filozofię funkcjonowania państwa.

Niemiecka prezydencja w Radzie Unii Europejskiej pod przewodnictwem kanclerz Angeli Merkel z myślą o coraz większej Europie podjęła próbę przeforsowania dla Konstytucji czy Traktatu konstytucyjnego. Stąd nasze rozważania są obecnie ważne: jakie znaczenie mają wartości chrześcijańskie dla dzisiejszej Europy? Czy w ogóle opłaca się podejmować dyskusję czy też nawet prowadzić walkę o ustanowienie Traktatu, który miałby regulować nie tylko kwestie związane z lepszym funkcjonowaniem organizacyjnym UE, lecz - na podobieństwo niemieckiej konstytucji - zapisać także wartości podstawowe, które byłyby wiążące dla prawie 500 milionów obywateli Europy.

Jeśli myśląc o budowie konstrukcji wspólnej Europy przypominającej struktury państwowe chcielibyśmy podjąć próbę analizy znaczenia chrześcijaństwa w dzisiejszych czasach, należy cofnąć się najpierw do historii. Oto w epoce starożytnej III i IV wieku chrześcijaństwo wkracza w świat państwa, a szczególnie w świat "imperium romanum". To był świat, który, koncentrując się wokół Morza Śródziemnego, obejmował rubieże Brytanii, Hiszpanii, Germanii, Afryki oraz Azji Przedniej i stworzył porządek światowy - mianowicie rzymski "Pax Romana", stan pokoju istniejącego wewnątrz i na zewnątrz państwa. Stąd za czasów rządów cesarza Augusta mówi się o okresie, w którym bogowie już na zawsze są ze sobą pojednani a tym samym po wsze czasy zapewniony jest pokój. Cesarz rzymski rządzi jako "princeps auctoritate". Przypomina boga, a we wschodniej części imperium uważany jest nawet za bóstwo. Ważne jest by stwierdzić, że religia i państwo tworzyły wówczas jedność. Kto więc modlił się do cesarza albo składał ofiarę, odprawiał jednocześnie modły za państwo a tym samym na rzecz pokoju. U postaw tego uniwersalnego postulatu rzymskich cesarzy odnoszącego się do świata państwa i świata bogów leży także przyczyna prześladowań chrześcijan, które odnotowujemy w I wieku za czasów Nerona i które nasilają się szczególnie za rządów cesarza Dioklecjana ok. 300 roku po narodzinach Chrystusa. Teza chrześcijan, według której "należy się więcej posłuszeństwa wobec Boga, niż wobec człowieka", brzmiała dla Rzymian, którzy czcili swoich bogów, po części niezrozumiale, po części jako zdrada stanu. Bowiem wraz głosząc tą tezę chrześcijanie odmawiali rzymskim cesarzom składania wymaganych ofiar. Przyczyna takiego stanu rzeczy leży w monoteistycznych poglądach chrześcijan, według których istnieje tylko jeden Bóg w niebie, który góruje nad wszystkimi, a więc także nad samym cesarzem. Dioklecjan upatruje w tym stanowisku zdrady państwa i przymusza wszystkim obywateli rzymskich do składania ofiar rzymskim bogom. W przeciwnym razie grożą im kary, z karą śmierci włącznie, a ich dobra miają podlegać konfiskacie. Chrześcijaństwo, w ówczesnych czasach już dość okrzepłe, nie było jeszcze uznane za samodzielną religię (jak np. judaizm). Chrześcijaństwo jedynie tolerowano, prawda że miało to miejsce nawet na samym dworze cesarza. Ale wraz z rozpoczęciem prześladowań doszło do podziału ludności imperium rzymskiego: albo składało się ofiary cesarzowi a tym samym Jupiterowi, albo można było zostać wydziedziczonym, wypędzonym, nawet ponieść śmierć. A Domy Boże, które były najczęściej tylko prywatnymi kaplicami, zostały zniszczone.

Dla odpowiedzi na nasze pytanie decydująca jest konstatacja, że wraz z chrześcijaństwem w świecie antycznym pojawiła się zupełnie nowa wizja stosunków między państwem a religią. Państwo i religia miały istnieć obok siebie, przy czym Bóg w niebie miał być jedynym Sędzią nad wszystkimi ludźmi, niezależnie od tego, czy byli cesarzami czy też zwykłymi niewolnikami.

Następcą Dioklecjana jest cesarz Konstantyn, zwany "Wielkim", który rządził w okresie od 306 do 337 roku. Podążył za propozycją współcesarza Galeriusza, który w 311 roku (a więc po dobrowolnej rezygnacji Dioklecjana) wydał edykt, który przyznaje chrześcijanom prawo nieskrępowanego wyznawania ich religii na terenie cesarstwa rzymskiego. Ten edykt - w formie tzw. "edyktu mediolańskiego" - zostaje później w 313 roku jeszcze dodatkowo poszerzony, a czynią to cesarze Konstantyn i Licyniusz. Według tegoż dokumentu chrześcijanie nie tylko mogą wyznawać swoją religię otwarcie i bez przeszkód, ale ponadto mają im zostać zwrócone zarekwirowane wcześniej prywatne kaplice i dobra. Tym samym od tej pory w cesarstwie rzymskim istnieją obok siebie i na tych samych prawach stare kulty oraz nowo uznana religia chrześcijańska. Co to w ostateczności oznacza? W duchu wykładni praw starożytnych obywatel miał obowiązek traktowania sprawy państwa jako własnej. Jeśli ten obowiązek spełniał, miał szansę na sławę i uznanie. Natomiast w chrześcijaństwie akcenty ulegają odwróceniu: człowiek jest na tej ziemi w pierwszej kolejności "pielgrzymem" a jego prawa obywatelskie lokują się w niebie. Z jego działalności na tym świecie człowiek musi zdać sprawę Bogu w niebie i własnemu sumieniu. Tym samym zakotwiczona zostaje kategoria odpowiedzialności w polityce wybiegająca poza to, co ziemskie.

Dlatego też ojcowie Kościoła piszą zawsze o ludzkości, która - istniejąc niezależnie od poszczególnej rasy, narodu, języka oraz bez względu na różnice społeczne - musi zostać zbawiona. Owa ludzkość stoi w sprzeczności do antycznych poglądów Rzymian, którym chodziło jedynie o dobro cesarstwa rzymskiego i jego obywateli.

Poglądy chrześcijan na równość ludzi przygotowują punkt wyjściowy do uznania zasadniczej równości wszystkich wobec prawa. Niewolnictwo nie mieści się w koncepcji świata chrześcijan. Tym samym odkryta zostaje indywidualność ludzkiej natury. Sprzeczność między ludźmi cywilizowanymi a barbarzyńcami, jaką podkreślano jeszcze u Greków, czy też między światem ludzi a światem zwierząt, jaką wyznawali Rzymianie, zostaje zniesiona.

Już tych kilka uwag uzmysławia, z jak fundamentalnie innej perspektywy, niż czynił to świat antyczny, chrześcijaństwo patrzy na człowieka i jego rolę w społeczeństwie i w państwie. Zatem za czasów panowania cesarza Konstantyna i jego następców (na przykład Teodozjusza i Justyniana) tworzone są warunki do budowy takich pojęć jak ludzkość, prawo naturalne, prawa człowieka, wolność religijna. Oczywiście historia potrzebowała jeszcze sporo czasu, by wartości wyrażane przez wymienione pojęcia mogły przebić się do pierwszego szeregu. Miało to miejsce dopiero w epoce nowożytnej, właściwie dopiero wraz z procesami społecznymi XIX wieku, którym bieg nadało oświecenie.

Warto zatrzymać się jeszcze na chwilę nad zjawiskiem niewolnictwa. W każdym razie dla chrześcijan już za czasów rzymskich oczywiste było, że zarówno niewolnicy, jak i bogacze czy władcy, idą do tego samego nieba. I jasne było dla nich, że niewolnicy nie są przedmiotem prawnej własności, lecz że są istotami ludzkimi. Jednak, jak pokazała historia następnych stuleci, ta jednoznaczna równość wszystkich ludzi przed Bogiem nie stała się w wystarczającym stopniu udziałem niewolników. Oczywiście są także po stronie ludzi Kościoła wyjątki - przywołać wystarczy na przykład dominikanina Las Casas, który wielkiemu cesarzowi Karolowi V (XVI wiek) zwrócił uwagę na to, iż nowo odkrytym w Ameryce stworzeniom, zwanym Indianami, muszą przysługiwać te same prawa w państwie i w niebie. Ale nawet wybitni ojcowie-założyciele Stanów Zjednoczonych Ameryki nie byli w stanie przyznać niewolnikom równych praw i swobód - ani w Deklaracji Niepodległości z 1776 roku, ani w Konstytucji z 1787 roku. Pierwszy prezydent Stanów Zjednoczonych, George Washington, który sam w Wirginii posiadał niewolników, odbierał ów brak zakotwiczenia swobód i praw dla niewolników jako zasadniczy błąd, który osłabia wolnościowego ducha nowo powstałego państwa. Dlatego osobiście zwrócił swoim niewolnikom wolność. Dopiero za Abrahama Lincolna (1863) w Stanach Zjednoczonych przyjęto zasadnicze akty prawne znoszące niewolnictwo.

Na tym przykładzie widzimy, że coś, co właściwie kiełkowało w świadomości już kilkanaście stuleci wcześniej, potrzebowało długiego czasu, by dojrzeć.

Chciałbym krótko przywołać jeszcze jeden przykład. Otóż w X i XI wieku podjęto w południowej Francji próbę stworzenia "boskiego pokoju" dla Europy. Ten "boski pokój" zakazywał wszelkich aktów przemocy i sporów w pewne dni. Kto nie przestrzegał "boskiego pokoju", ten musiał się liczyć z karami kościelnymi i świeckimi. Później na bazie owej zasady "boskiego pokoju" rozwinął się "wieczny pokój na ziemi", który związany był z obowiązkami, jakie nakazywały książętom i miastom powołanie w podległych sobie regionach policji, by zasady podobnej równości objęły wszystkich ludzi. Zwróćmy wreszcie uwagę także na fakt, iż z "Res Publica Christiana" chciano uczynić prawo międzynarodowe obowiązujące dla wszystkich państw. Podjęto próbę stworzenia wiążącego porządku, w ramach którego miały się toczyć wojny między poszczególnymi monarchami czy państwami. Konsekwencją tej próby było powstanie czegoś w rodzaju "międzynarodowego prawa cywilizowanych państw". Ale wiemy, że wraz ze wzmagającą się rolą państw narodowych wszystkie te wysiłki spełzły na niczym. Także podjęta po I wojnie światowej próba powołania do życia Ligii Narodów, do zadań której należałoby rozwiązanie kwestii zachowania pokoju, została wkrótce zniweczona przez Hitlera i Mussoliniego. A obecnie jesteśmy świadkami tego, jak trudno przychodzi zreformować Organizację Narodów Zjednoczonych, by stała się ona bardziej zdecydowana w swych działaniach, tak by mogła skutecznie wypełniać swą misję zapewnienia i umocnienia pokoju na świecie w duchu, który towarzyszył powołaniu ONZ do istnienia w 1945 roku.

Oczywiście wkład chrześcijaństwa w procesy państwowotwórcze nie zawsze był przez autorytety świeckie przyjmowany z entuzjazmem. Udziałowi na przykład Kościoła katolickiego (albo w późniejszym okresie także kościołów protestanckich) w sprawy tego świata towarzyszyły często konflikty. W ogóle był to bardzo trudny proces. Pomyślmy chociażby o walkach, jakie toczyli ze sobą cesarze i papieże, ludzie duchowni i świeccy, książęta i Kościół, szczególnie w dobie reformacji. Przy wszystkich tych zmaganiach jedno stało się jasne: zawsze tworzył się porządek dwubiegunowy. Współistnienie państwa i Kościoła oznaczało w sensie politycznym, iż spór obydwu centów władzy pozostał nierozstrzygnięty. Tym samym jednak ów proces stworzył na przyszłe stulecia podstawy dla stworzenia obszaru wolności. I tu zachodzi właśnie wielka różnica między zachodnią częścią Europy a jej częścią wschodnią (Bizancjum). W części zachodniej owa dwubiegunowość doprowadziła do tego, że na uniwersytetach w sposób nieskrępowany mógł się rozwijać świat duchowy, w miastach mieszczanie dzięki handlowi i rzemiosłu zdobywali samodzielność, i wykształcenie a Kościół (po reformacji już Kościoły) stał się samodzielny. Inaczej rzecz się miała we wschodniej części Europy, gdzie w Konstantynopolu cesarz był głową państwa i jednocześnie zwierzchnikiem kościoła prawosławnego. Ten hierarchiczny porządek został potem przejęty przez rosyjskiego cara, cara bułgarskiego i serbskiego. Wszyscy oni zawsze zachowywali zwierzchnictwo ich Kościoła. W tych krajach możemy więc mówić jedynie o jedności, a nie o dwubiegunowości władzy.

Z naszej perspektywy dla Europy XVIi/XVIII wieku istotne jest to, że mimo generalnie antykościelnych tendencji wolność myślenia w filozofii oświecenia opierała się nas fundamencie chrześcijańskim (przywołajmy w tym miejscu Voltairea) głoszącym, że człowiek jest stworzeniem indywidualnym, odpowiedzialnym za siebie, za swoją rodzinę, miasto czy państwo, w którym żyje. Dla samych chrześcijan doby oświecenia rozprawa z jego przedstawicielami jest trudna, bowiem filozofowie epoki z gruntu odrzucali chrześcijańską naukę o Bogu i Trójcy Świętej. Jednak wciąż pozostają silne wpływy religijne, których dziś doświadczamy na przykład w Stanach Zjednoczonych, mimo że w tym kraju mamy do czynienia ze ścisłym rozdziałem Kościoła i państwa. Amerykańscy politycy bez żadnej powściągliwości odmawiają publicznie modlitwę a na monecie dolarowej mowa jest o Bogu.

Ważne jest to, iż w mniemaniu chrześcijan ten świat, w którym żyjemy, należy "uprawiać", a nie wznosić do niego modły - tak wyraził się św. Augustyn. Państwo nie jest więc czymś ostatecznym, nie jest absolutem. Można postawić taka tezę: "Państwo może stać się totalitarne wówczas, gdy państwo i Kościół stają się jednym". Oznaczałoby to powrót do państwa "pseudo-teokratycznego". W momencie odrzucenia chrześcijaństwa jest to jak najbardziej możliwe! Doświadczyliśmy tego już w historii XX wieku. Komunizm pod przewodnictwem Lenina i Stalina, narodowy socjalizm Hitlera czy włoski faszyzm stanowiły polityczne religie a państwo, partia, wreszcie przywódca byli nietykalni. Te dyktatury miały przecież wymiar religijny. Przywódców traktowano jako "przynoszących zbawienie". Zgodnie z nową tendencją reinterpretacji uległy obowiązujące do tej pory wartości: ton nauczania nadawała partia lub też sam przywódca. Nie było w tej materii żadnej dyskusji - kto nie stosował się do reguł nauczania, podlegał karze. Dziś nowoczesne tyranie XIX wieku pokazują nam, jak nieodzowne jest uwrażliwienie człowieka na to, iż ten świat jest jedynie czymś tymczasowym, przemijającym. W ramach tego doczesnego świata musimy rozwijać talenty naszych charakterów i zdobyć się na odwagę do podjęcia dyskusji. W końcu dana jest wolność, by taki wysiłek podjąć.

eśli więc obecny premier Turcji w sposób pejoratywny mówi o tym, że ta Europa nie jest tylko "klubem chrześcijan", to pokazuje to, że nie zrozumiał, jak wielki wpływ miało chrześcijaństwo na europejski sposób myślenia, który uformował kulturę Europy. Bowiem nawet w ramach doświadczenia epoki oświecenia podstawowe wartości chrześcijaństwa pozostają nienaruszone.

Miarą Unii Europejskiej jest katalog wartości obejmujący prawa człowieka i prawa do swobód obywatelskich, które są pochodną Konstytucji Stanów Zjednoczonych. I właśnie takiego katalogu wartości nie potrafiła do tej pory stworzyć Turcja, bowiem do problemu stosunków państwo-Kościół podchodzi z zupełnie innym bagażem doświadczeń i innym światopoglądem kulturowym. W Turcji tureckość jest najwyższym nakazem (porównajmy to z Rzymem!). Kto tego nakazu nie przestrzega, jest karany. W tej tureckości islam uznaje się jako właściwą, obowiązującą formę religijności. Państwo ma w osobie ministra ds. religii nadzór nad interpretacją religijności. I tak na przykł

ul. Kopernika 36/40, 00-924 Warszawa, tel. 0-663 371 415, 0-693 101 300