Niewątpliwie najgoręcej dyskutowanym tematem w ostatnich tygodniach jest stan naszego państwa. Dobrze, że ma to miejsce w okresie przedwyborczym, kiedy w sposób naturalny wzrasta zainteresowanie tematyką społeczną. Opublikowanie długo oczekiwanego raportu zespołu badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej sprawiło, że uwaga opinii publicznej skupiła się na sytuacji w armii, a zwłaszcza na 36 pułku specjalnym, odpowiedzialnym za przewóz najważniejszych osób w państwie. Osobiś
Naomi Klein zaopatrzyła rozdział swej książki „Doktryna Szoku”, poświęcony kryzysowi w Polsce, mottem – słowami Leszka Balcerowicza: „Żyję w Polsce, która jest dziś wolna, i uważam Miltona Friedmana za jednego z głównych intelektualnych architektów wolności mojego kraju”. Friedman uważał, że w trakcie kryzysu i wywołanego celowo szoku oraz powstałego w jego wyniku chaosu i zamieszania należy działać natychmiastowo i niezwłocznie narzucić radykalne, neoliberalne reformy. Te reformy to nic innego jak (przede wszystkim) oddanie części sektora publicznego w prywatne ręce. Rząd neoliberalny – szacował Friedman – ma na przeprowadzenie poważniejszych zmian jakieś sześć do dziewięciu miesięcy. Najbardziej fundamentalistyczna wersja kapitalizmu potrzebowała katastrof, aby móc maszerować dalej. Jeżeli takiego zdania o Miltonie Friedmanie jest tak ważna i wpływowa osoba w Polsce jak Balcerowicz, to nie ma się co dziwić, że w naszym państwie ignoruje się przejawy kryzysu światowego, szoku i chaosu, a o skali tego problemu nie informuje się w pełni społeczeństwa. Twierdziło się do niedawna, że nasz kraj tym kryzysem nie będzie objęty. Rządzący w wielu krajach przyznali odszkodowania tzw. inwestorom z budżetu państwa, podczas gdy odszkodowania takie powinni przyznać społeczeństwom. Nagrodzeni zostali ci, którzy spekulowali i doprowadzili do kryzysu. Społeczeństwa tak jak były dotąd, tak są w dalszym ciągu oszukiwane przez banki. Oprocentowanie wkładów jest wielokrotnie niższe niż oprocentowanie kredytów. Powoduje to narastającą pauperyzację społeczeństwa i zależność od grup bogatych bankierów. Kryzys światowy powinien był inspirować reformy w sferze gospodarczej i zachwiać rzekomo nie podlegającą dyskusji wiarą, że najwłaściwszą formą własności jest tylko własność prywatna. W Polsce kryzys ten nie doprowadził do zahamowania dwóch procesów: powszechnej prywatyzacji i powszechnej reprywatyzacji. Te procesy nadal mają miejsce. Kryzys podważył słuszność prowadzenia gospodarki neoliberalnej. Tymczasem polskie społeczeństwo wykazuje zadziwiającą bierność wobec kryzysu. Nie ma żadnej konsolidacji społeczeństwa przeciwko grupom neoliberalnym i sposobowi myślenia, który zaszczepiany jest młodym ludziom już w procesach edukacji. Swoją niechlubną rolę odgrywają też media. Wmawia się społeczeństwu, że trzeba godzić się z neoliberalizmem, bo inaczej nie będzie demokracji. Brakuje siły społecznej, która by się temu wszystkiemu sprzeciwiła. Robotników praktycznie nie ma. Chłopi są warstwą rozbitą; bogaci mają dopłaty z UE i chwalą sobie neoliberalizm, a biedni nie mogą się wcale utrzymać. Urzędnicy nie nadają się do tego, ażeby być siłą społeczną przeciwko neoliberalizmowi. Intelektualiści i artyści przestali po roku 1989 czuć się odpowiedzialni za innych i pozbyli się postawy bezinteresowności. Bankierzy, co oczywiste, zespoleni są z grupami rządzącymi. Można przewidywać – konkludowała profesor Maria Szyszkowska podczas debaty redakcyjnej w dwumiesięczniku „Przegląd Socjalistyczny” – że dojdzie do bardziej policyjnego charakteru społeczeństwa, ażeby nie dopuścić do rozruchów czy protestów.