Niewątpliwie najgoręcej dyskutowanym tematem w ostatnich tygodniach jest stan naszego państwa. Dobrze, że ma to miejsce w okresie przedwyborczym, kiedy w sposób naturalny wzrasta zainteresowanie tematyką społeczną. Opublikowanie długo oczekiwanego raportu zespołu badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej sprawiło, że uwaga opinii publicznej skupiła się na sytuacji w armii, a zwłaszcza na 36 pułku specjalnym, odpowiedzialnym za przewóz najważniejszych osób w państwie. Osobiś
Ład międzynarodowy i środowisko bezpieczeństwa
Do napisania tego artykułu skłoniło mnie szereg czynników, w tym wyczuwalny dystans, można powiedzieć – rezerwa różnych kręgów społecznych, w tym politycznych, do kwestii bezpieczeństwa. Bezpieczeństwa narodowego – dodajmy, ale i międzynarodowego, bo oba pojęcia są ze sobą coraz bardziej powiązane. Koronny argument jest prosty i powtarzalny jak mantra: po co łożyć na bezpieczeństwo i obronę, skoro jesteśmy w N ATO i Unii Europejskiej, kto więc może nas zaatakować? A jeśli nawet, to NATO nas obroni.
Jest to sposób myślenia nieobcy różnym środowiskom: politykom, kręgom gospodarczym, niektórym posłom, a nawet analitykom i strategom polskiej polityki bezpieczeństwa. Przykłady znaleźć można dość łatwo. Ot choćby Strategia Bezpieczeństwa Narodowego RP z 2000 r. zakładająca oparcie bezpieczeństwa i obrony RP przede wszystkim na sojuszniczym sojuszu, czyli NATO, pozostawiając niejako na drugim planie własny potencjał. Odwrócenie akcentów, co zostało na szczęście skorygowane w dwóch kolejnych wersjach „Strategii…”, z 2003 i 2007 r. W międzyczasie weszliśmy do Unii Europejskiej, spostrzegliśmy także, że obie te organizacje bezpieczeństwa euroatlantyckiego i europejskiego nie są (zwłaszcza Unia i jej ESDP) doskonałe, a do tego zdaliśmy sobie sprawę, że niepełny automatyzm art.5 Traktatu Waszyngtońskiego, zawierający najważniejszą klauzulę każdego paktu, bo casus foederis, oraz brak jasnych planów przyjścia z pomocą nowym członkom NATO, mogą budzić zaniepokojenie i faktycznie powodują obawy krajów Europy Środkowo- Wschodniej, utrwalają też podział na jakby dwie kategorie członków Sojuszu Północnoatlantyckiego, bo podobne plany, w odniesieniu do Europy Zachodniej, od dawna istnieją. Sytuacja ta zaczęła skłaniać niektórych polityków do deprecjonowania Sojuszu, zaś główny nurt polskiej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa zaczął mocniej orientować się na Stany Zjednoczone, jako na sojusznika silnego, pewnego, stabilnego i nie mającego kłopotów z podejmowaniem decyzji. Okazją do tego była nie tylko amerykańska interwencja w Iraku, do której licząc na różne (polityczne i gospodarcze) profity ochoczo się przyłączyliśmy, lecz także program tarczy antyrakietowej i podpisane ze Stanami Zjednoczonymi porozumienie, przewidujące instalację nie tylko elementów tarczy, ale również dodatkowe klauzule wzmacniające bezpieczeństwo Polski.
Czynnikiem o znacznym oddziaływaniu na elity polityczne, choć rzecz jasna nie na wszystkie, jest zmiana percepcji zagrożeń dla bezpieczeństwa zawarta w większości strategii bezpieczeństwa narodowego państw Zachodu, jaka nastąpiła po wydarzeniach 11 września 2001 r.