Niewątpliwie najgoręcej dyskutowanym tematem w ostatnich tygodniach jest stan naszego państwa. Dobrze, że ma to miejsce w okresie przedwyborczym, kiedy w sposób naturalny wzrasta zainteresowanie tematyką społeczną. Opublikowanie długo oczekiwanego raportu zespołu badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej sprawiło, że uwaga opinii publicznej skupiła się na sytuacji w armii, a zwłaszcza na 36 pułku specjalnym, odpowiedzialnym za przewóz najważniejszych osób w państwie. Osobiś
– Bezpieczeństwo międzynarodowe jest wciąż kwestią, do jakiej wielkie mocarstwa przywiązują ogromną wagę. Stany Zjednoczone przeznaczają obecnie na zbrojenia kwotę blisko 800 mld dolarów, co stanowi sumę największą od czasów II wojny światowej. Czy świat musi się dzisiaj zbroić w tak wielkim wymiarze?
– Być może moja odpowiedź jako profesjonalisty wojskowego, generała, wieloleletniego szefa Sztabu Generalnego Zwierzchnich Sił Zbrojnych, byłego ministra obrony w państwie będącego członkiem Układu Warszawskiego będzie zaskakująca. Ludzie mojego doświadczenia i mojej wiedzy dążą z reguły do tego, by armia była jak najsilniejsza, sprawna i licząca się na arenie międzynarodowej niezależnie od tego, jaki kraj reprezentuje. Jednocześnie pamiętam okres, gdy z bliska widziałem realia zimnej wojny; jej przekleństwo polegało na podziale świata na dwa antagonistyczne bloki. Konfrontacyjność owego podziału była oczywiście zmienna, miała momenty zaostrzenia i łagodzenia, istniała jednak cały czas. Realna była groźba wojny termojądrowej, a więc faktycznej zagłady ludzkości. Przez dziesięciolecia żyliśmy w cieniu owego zagrożenia.
Obecnie przyjmuje się, że winna jest tylko jedna strona – ZSSR i ich satelici. Sprawa nie jest tak prosta i jednoznaczna; by mogło urodzić się dziecko potrzebne są dwie strony. Gdy powstał Układ Warszawski, była świadomość, że istnieje inny potężny blok, który oceniany był jako źródło zagrożenia. Na ile to zagrożenie było autentyczne, na ile mityczne to już inna sprawa. My mieliśmy prawo uważać, zwłaszcza że nasze zachodnie granice nie zostały zaakceptowane, iż należy wzmacniać obronność proporcjonalnie do tego zagrożenia. A blok gwarantował owe granice i tym samym wpisywaliśmy się w proces jego zbrojenia. Podobnie zbroił się drugi blok.
Przekleństwem tamtych lat była rywalizacja, by zapewnić tzw. równowagę bezpieczeństwa, w istocie równowagę strachu. Ta równowaga była płynna. Mieliśmy na przykład więcej czołgów, broni klasycznej. Amerykanie, Zachód posiadali natomiast więcej samolotów, okrętów. Ich służba wojskowa miała charakter zawodowy, więc wynikał z tego profesjonalizm żołnierza. Niektóre technologie były bardziej zaawansowane. To per saldo się równoważyło. W roku 1962 r. miał miejsce kryzys kubański, który mógł skutkować zachwianiem dotychczasowej równowagi.
Miał miejsce czas napinania muskułów z jednej i drugiej strony. Istniały mechanizmy polityczno-gospodarcze sprzyjające tej sytuacji. Kiedyś prezydent Eisenhawer, sam przecież wybitny żołnierz, wspomniał o istnieniu tzw. kompleksu militarno- zbrojeniowego w USA. Oznaczał on istnienie potężnych sił zainteresowanych tym, żeby produkować jak najwięcej broni i unowocześniać ją. Z naszej strony, twierdziłem wówczas, mieliśmy do czynienia z tzw. kompleksem marszałkowsko-aparatczykowskim, przede wszystkim w Związku Radzieckim, też nastawionym na rozwój i unowocześnianie uzbrojenia...