Niewątpliwie najgoręcej dyskutowanym tematem w ostatnich tygodniach jest stan naszego państwa. Dobrze, że ma to miejsce w okresie przedwyborczym, kiedy w sposób naturalny wzrasta zainteresowanie tematyką społeczną. Opublikowanie długo oczekiwanego raportu zespołu badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej sprawiło, że uwaga opinii publicznej skupiła się na sytuacji w armii, a zwłaszcza na 36 pułku specjalnym, odpowiedzialnym za przewóz najważniejszych osób w państwie. Osobiś
Pozwólcie Państwo, że rozpocznę od krótkiego komentarza do tytułu mego wystąpienia. Po rozmowie, jaką odbyłem z pewnym trzydziestokilkulatkiem, uświadomiłem sobie, że moje przekonanie, iż mamy do czynienia z powtarzającymi się kryzysami politycznymi, nie musi być prawdziwe. Okazuje się bowiem, że z perspektywy kolejnego pokolenia to, co dzieje się w Polsce, nie jest kryzysem, ale dalszym doskonaleniem struktur i funkcjonowania państwa.
Do podobnych refleksji skłoniła mnie transmisja z posiedzenia Sejmu, w czasie którego posłowie przegłosowali uchwałę o skróceniu kadencji. Ten wybuch entuzjazmu, którego byliśmy świadkami, może także świadczyć o tym, że ostatnich wydarzeń nie powinniśmy określać mianem kryzysu. Być może jest to rzeczywiście jakiś przyspieszony ruch do przodu.Lojalnie uprzedzając o możliwej innej interpretacji tych wydarzeń, ja jednak pozostaję przy swoim. Zakładam, że gdzieś od dziesięciu już lat mamy do czynienia z pogłębiającym się kryzysem w funkcjonowaniu państwa.
Dla potrzeb tej analizy zakładam, że fundamentalne zmiany, jakie zaszły w Polsce po 1989 roku, nie powinny być kwestionowane. A zatem: rynek - tak! demokracja parlamentarna - tak! konstelacja zachodnia w polityce zagranicznej - tak!
Odwołując się do niedawnej, chociaż przez wielu nie lubianej historii, można powiedzieć, że jesteśmy w tej chwili w sytuacji porównywanej do tej z roku 1956, kiedy to - po jedenastu latach od zakończenia wojny - ustalenia jałtańskie wydawały się nienaruszalne, a w ślad za nimi nienaruszalny były: system nakazowo-rozdzielczy w gospodarce, tzw. demokracja socjalistyczna w polityce oraz przyjaźń ze wschodnim sąsiadem w polityce zagranicznej. Wtedy to pojawiło się hasło: socjalizm - tak, wypaczenia - nie, a wraz z nim wewnętrzne podziały w elitach rządzących na twardo-i jajogłowych, beton i liberałów, ortodoksów i rewizjonistów.
Także dziś możemy powiedzieć: rynek - tak, wypaczenia - nie, demokracja parlamentarna - tak, wypaczenia - nie, zachodnia konstelacja w polityce zagranicznej tak, wypaczenia - nie. Jeśli zatem na to, co dzieje się w Polsce, popatrzymy nieco głębiej, to pojawi się pytanie: na czym polega istota oraz ułomności konstrukcji, którą budujemy od 1989 roku? Co jest istotą, a co wypaczeniami III Rzeczpospolitej?
Jeśli nawet podzielamy pogląd, że demokracja jest najlepszym z ustrojów, rynek najlepszym z systemów ekonomicznych, a konstelacja zachodnia najbezpieczniejszą z możliwych, to nie znaczy, że są one uodpornione na wszelkie choroby. Powinniśmy zatem znać te choroby, wiedzieć, jakie są ich źródła, jak je przezwyciężyć i kto może to być skutecznym lekarzem.
W czym przejawia się patologia demokracji parlamentarnej? Tej kwestii chciałbym się dzisiaj przyjrzeć bliżej. Zestawienie sporządzone przez Rafała Matyję pokazuje, że rządy większościowe trwały: koalicja SLD - PSL w II kadencji - 48 miesięcy, koalicja AWS - UW w III kadencji - 31 miesięcy, koalicja SLD - PSL w IV kadencji - 16 miesięcy, koalicja PiS, Samoobrona, LPR w V kadencji - 14 miesięcy, chociaż w tym ostatnim przypadku nie bardzo wiadomo, jak liczyć trwałość koalicji, bo podlegała ona różnym zawirowaniom, a przedterminowe wybory mogły się odbyć już na początku 2006 roku.
Z tego zestawienia wynika zatem, że gdzieś od 1997 roku mamy do czynienia z postępującą destabilizacją układu politycznego. Im dalej posuwamy się do przodu, tym okresy trwałości koalicji rządowych są krótsze. Jeśli ta prawidłowość utrzyma się, to po najbliższych wyborach w ogóle nie powstanie koalicja rządowa.
Pojawiają się w tym miejscu kolejne pytania: skąd biorą się kryzysy ekip o bardzo różnych pod względem politycznym, ideowym i pokoleniowym? Dlaczego, niezależnie od tego, jaki jest skład ekipy rządzącej, sprawy idą w tym samym kierunku, tyle że w coraz szybszym tempie?
Pytanie o źródła powtarzających się kryzysów ma fundamentalne znaczenie tym bardziej, że dyskusje publicystyczne koncentrują się za każdym razem na krytyce ekipy aktualnie rządzącej. Tymczasem - jak trafnie zauważył w jednym z wywiadów Jan Maria Rokita - porażki Krzaklewskiego, Millera i Kaczyńskiego są ich winą w jakichś 60%, a 40% przypada na warunki obiektywne.
Otóż dla zrozumienia sytuacji, w jakiej znalazła się Polska, ważne jest nie tyle opisanie owych "sześćdziesięciu procent", ile zrozumienie pozostałych "czterdziestu".
Rodzi się zatem pytanie, czy potrafimy zidentyfikować niezależne od kolejnych ekip czynniki, które powodują, że rozsypują się one i wylatują w powietrze?
Przyjmuję, że na jakość uprawianej w kraju polityki mają wpływ cztery profesje:
Jeżeli chcemy zrozumieć, dlaczego w Polsce uprawia się politykę na bardzo niskim poziomie, to trzeba przyjrzeć się wszystkim czterem profesjom, a nie tylko politykom. To jest podobnie ja w sporcie. Jeśli drużyna ponosi powtarzające się porażki, to nie wystarczy krytykować zawodników. Trzeba także przyjrzeć się trenerom, działaczom, komentatorom - wszystkim, którzy mają wpływ na grę zespołu.
Pierwszą przyczyną chwiejności polskiej polityki są bardzo słabe jej związki z nauką. Przyczyny leżą po obu stronach. Politycy z chwilą wyboru czy powołania na stanowisko wierzą, że zdobyli polityczne kwalifikacje. Równocześnie apolityczność jest zasadą, którą środowiska naukowe przyjmują jako nie analizowany szerzej aksjomat. Wprawdzie polityką zajmują się polito-, socjo-i psycholodzy, poszczególne dyscypliny wykłada się na wielu uczelniach, powstają podręczniki, ale równocześnie polityka jako działalność praktyczna pozostaję poza sferą naukowych i dydaktycznych zainteresowań.
Ma to daleko idące konsekwencje, ponieważ - jak trafnie zauważa Paweł Śpiewak - "polityka praktyczna jest znacznie trudniejsza niż teoretyczna... Najważniejszą kategorią w myśleniu politycznym... jest roztropność, rozwaga, czyli coś, czego nie można nauczyć się w szkole, ale co jednocześnie zmienia człowieka, który tę rozwagę posiadł." Ta bardzo trudna działalność praktyczna znajduje się poza sferą refleksji naukowej.
Szczególnie słabe są związki nauki z partiami politycznymi. Związać się z jakąś partią - to dla wielu pracowników nauki byłaby skaza na honorze. Można zatem powiedzieć, że nauka, od której zależy siła intelektualna polityki, jako działalności praktycznej, pozostaje od niej w daleko posuniętej izolacji.
Jakiej wiedzy brakuje naszym politykom najbardziej?
Po pierwsze - wiedzy o mechanizmach, które rządzą procesami politycznymi. Polityka podobnie jak sport, wychowanie, gospodarowanie, religia rządzi się specyficznymi prawami. Rzeczą badaczy jest odkrywać te prawa. Rzeczą dydaktyków jest nauczanie tych praw. To jest trochę tak jak z biologią i medycyną. Biologia mówi o tym, jak zbudowany jest nasz organizm. Medycyna odkrywa jego schorzenia i pomaga je usuwać. A zatem przy pewnych zasobach wiedzy z zakresu politycznej "biologii" zdecydowanie brakuje nam wiedzy i praktyki z zakresu politycznej "medycyny".
Po drugie - wiedzy o długofalowej strategii w polityce zagranicznej naszej i naszych sąsiadów. Dla ilustracji jeden tylko cytat z artykułu Pawła Zalewskiego, przewodniczącego Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych: "Dziś głównym wyzwaniem dla naszego kraju, biorąc pod uwagę jego bezpieczeństwo, jest polityka rosyjska". I jeszcze jedno zdanie z tego samego artykułu: "Waszyngton uważa, że Rosja nie zagraża naszemu regionowi, a dzięki członkostwu w NATO i Unii Europejskiej, jest on stabilny".
Nietrudno dowieść, że to, co przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych mówi na temat pozycji geopolitycznej Polski, jest oderwane od jakiejkolwiek pogłębionej analizy. Bo skoro wedle Amerykanów Rosja nie stwarza dla zagrożenia dla Europy Środkowo-Wschodniej, to niby dlaczego miałaby być dla nas "głównym wyzwaniem".
Po trzecie - wiedzy o funkcjonowaniu struktur państwa. Przed kilkunastu laty czynnie uczestniczyłem w sporach o reformę administracji. To były spory o poglądy, a nie dyskusja osadzona na głębokiej analizie mocnych i słabych stron każdego z rozwiązań. To dlatego możliwa była radykalna zmiana polityki po przegranych przez SLD i PSL wyborach. Podobnie jest z innymi reformami, w tym z reformą służby zdrowia. W reformowaniu poszczególnych dziedzin poruszamy się od ściany do ściany, ponieważ nie prowadzi się analizy funkcjonowania struktur państwa w okresach dłuższych, niż poszczególne kadencje.
Kiedy w 1996 r., jako członek podkomisji sejmowej, redagowałem ustawę o Rządowym Centrum Studiów Strategicznych, to wprowadziłem do niej zapisy, nakładające na Rządowe Centrum obowiązek prowadzenia analiz długofalowej strategii naszych partnerów zagranicznych oraz funkcjonalności struktur państwa. Zapisy te okazały się martwe, a dzisiaj i po RCSS nie pozostał nawet ślad.
Z relacjami nauka - polityka wiąże się jeszcze jeden problem. Dwie dyscypliny naukowe zdominowały otoczenie władzy: prawo i ekonomia. Bardzo słaby jest natomiast wpływ takich dyscyplin, jak organizacja i zarządzanie, socjologia, czy nawet politologia. To nie przypadek, że na kształt reformy administracji największy wpływ miał prawnik, prof. Michał Kulesza. Nie jest też przypadkiem, że całkowicie pomijano wówczas opinie prof. Witolda Kieżuna - specjalisty od organizacji i zarządzania oraz prof. Andrzeja Stasiaka - specjalisty od polityki przestrzennej. Nie jest też przypadkiem, że podjęta wówczas próba socjologicznej analizy opinii samorządów o tej reformie spotkała się z frontalną krytyką. Opinie profesora prawa okazały się ważniejsze od przemyśleń specjalistów z innych dziedzin.
Nasuwają się w tym miejscu dwa pierwsze pytania: jak przezwyciężyć rozłam polityki i nauki? w jaki sposób poszerzać instytucjonalne związki polityki z innymi niż prawo i ekonomia, naukami społecznymi.
Publicyści i dziennikarze to druga grupa zawodowa, która ma ogromny wpływ na to, co dzieje się w polityce. By nie przedłużać, posłużę się cytatem z wywiadu, jakiego dyrektor Nina Terentiew udzieliła "Dziennikowi". Na pytanie, czy "zaczyna dzień od analizy słupków oglądalności?" pani Nina mówi tak: "To słupki zaczynają ode mnie. Bo nawet mam specjalny program w telefonie komórkowym. Dostaje sms. Jak jest dobry wynik, to znaczy, że wczoraj był dobry dzień... Bo najważniejszy jest zawsze widz i to on decyduje o oglądalności. I nie ma co opowiadać bajek, że jest telewizja publiczna i komercyjna. Telewizja jest albo dobra, albo zła, a to widzowie mają piloty, a ten kto ma pilota, ten ma władzę. Nie może być inaczej." Mamy tutaj obrazową prezentację filozofii twórców telewizji komercyjnych.
Co wynika z takiej filozofii dla programów telewizyjnych? W przypadku programów sportowych mechanizm rynkowy wymusza ostrą rywalizację poszczególnych stacji
o prawo do relacjonowania olimpiad, mistrzostw świata itp. A zatem w tej dziedzinie mechanizm rynkowy "ciągnie nas do przodu".
W przypadku programów publicystycznych, poświęconych kulturze, jest dokładnie odwrotnie. Takich programów w telewizjach po prostu nie ma, bo mają niską oglądalność. W przypadku filmów mamy z jednej strony infantylizację, z drugiej zaś brutalizację repertuaru. Wielką klasykę zastępują mydlane opery i straszące po nocach horrory.
Co wywołuje mechanizm rynkowy w obrazie polityki? Otóż - moim zdaniem - wywołuje ona czarny jej obraz, eksponowanie i wzmacnianie konfliktów, jakie dzielą scenę polityczną. Z rozbrajającą szczerością wyznaje to Monika Olejnik, gdy broniąc Tomasz Lisa pisze: "Zupełnie nie rozumiem zarzutów o stronniczość Tomka w tym programie, który występował przecież w roli moderatora dyskusji. Tym bardziej zresztą, że dziennikarze zawsze najbardziej krytykują rządzących - tak było za czasów AWS, SLD, tak jest i dziś. Nie ma co się tu dopatrywać jakichś innych powodów." A zatem znany z mediów obraz polityki jest pochodną nie tylko faktycznego jej stanu, ale założonej z góry strategii, która opiera się o obserwację, iż oglądalność wiadomości złych, jest większa niż dobrych. Czarny obraz polityki jest wpisany w rynkowe reguły funkcjonowania mediów.
A zatem skomercjalizowane media są skazane na opozycyjność wobec kolejnych elit władzy, chociaż każda z nich uważa, że to właśnie ona jest obiektem brutalnych i nieuzasadnionych napaści. A stąd krótka droga do tezy, że właściciele mediów są wrogo nastawieni do rządu. Publicystyka polityczna w jej obecnym kształcie generuje trwały konflikt pomiędzy światem polityki i światem mediów, konflikt pomiędzy dziennikarzami i właścicielami poszczególnych stacji. Andrzej Wojciechowski, nie żyjący już założyciel Radia ZET, opowiadał mi przed laty, że we Francji po każdej zmianie rządu następnego dnia w stacjach prywatnych dochodzi do wymiany szefów redakcji informacyjnych i publicystycznych, a w mediach publicznych operacja ta trwa trzy miesiące. A zatem w rozwiniętej demokracji nie jest tak, iżby permanentna opozycja wobec rządu była dominującą zasadą funkcjonowania mediów.
Pytania do dyskusji: w jaki sposób pogodzić publicystykę polityczną z regułami rynku? w jaki sposób powiększać walory poznawcze publicystyki?
Doradcy to trzecia z profesji ważnych z punktu widzenia jakości uprawianej polityki. Możemy mówić o dwóch rodzajach doradztwa. Pierwsze podpowiada, jak władzę zdobyć, drugie - jak ją utrzymać?
W Polsce pierwszy rodzaj doradztwa rozwija się nadzwyczaj dobrze. Marketing polityczny, doradztwo wizerunkowe kwitną. Wydaje się podręczniki, wykłada na uczelniach, wykorzystuje w czasie wyborów. Doradcy marketingowi odnoszą same sukcesy. Politycy są coraz lepiej ubrani, mają eleganckie fryzury, dobrze dobrane krawaty. Przypominane nieraz zdjęcia Andrzeja Leppera sprzed kilkunastu lat pokazują co może zrobić utalentowany spec od wizerunku. Równocześnie jednak ten przykład pokazuje, że Piotr Tymochowicz nie potrafił utrzymać Leppera przy władzy. W momencie, kiedy zaczął być samodzielnym politykiem, jego kariera szybko dobiegła końca.
A zatem przykład Andrzeja Leppera dobrze pokazuje mocne i słabe strony politycznego doradztwa. Są manipulatorzy od wizerunku (pierwszym który skorzystał z ich pomocy był Aleksander Kwaśniewski w 1995 roku). Brakuje doradców, którzy pomagają władzę utrzymać i dobrze ją sprawować. Takiego doradztwa w Polsce praktycznie nie ma.
Czy tacy doradcy istnieją ma świecie? To temat na wielkie opracowanie. Odwołajmy się do jednego tylko przykładu. W ostatnim czasie ukazała się taka bardzo ciekawa książka Dana Ciampy "Sztuka znajdowania dobrych doradców". Warto do niej sięgnąć. Jest tam m.in. omówienie badania, w którym analizowano czynniki, decydujące o sile brytyjskiego premiera. Z badania wynika, że są cztery takie czynniki.
Jak widzimy, w każdym z czterech czynników, od których zależy sukces brytyjskiego premiera, pojawiają się doradcy. A zatem z pewną przesadą można powiedzieć, że nie ma wielkich i małych polityków, są politycy, którzy mają wybitnych i kiepskich doradców.
Dalej, pokazuje Dan Ciampa cztery rodzaje doradztwa.
Po pierwsze doradztwo strategiczne. Ponieważ z powodu braku profesjonalnego doradztwa polscy politycy nie mają długofalowych strategii, to gwałtownie potrzebują wrogów. Jeśli nie mamy strategii, to musimy walczyć. Jeśli nie potrafimy rządzić, ratujemy skórę w przedterminowych wyborach. Jedyną strategią polityczną staje się strategia wyborcza. Na tym obszarze politycy czują się bezpieczniej, bo tutaj czeka na nich profesjonalne doradztwo.
Po drugie doradztwo operacyjne. Socjologia, która w okresie PRL miała opinię najbardziej otwartej na zachód nauki społecznej, potrafiła dochować się licznych niezależnych autorytetów, w tej chwili zamienia w serię przypadkowych sondaży i powierzchownych, publicystycznych komentarzy. Brakuje zatem profesjonalnej analizy tego, co w gospodarce rynkowej określa się mianem popytu. Nie ma porządnych badań politycznego rynku. Brak takiego doradztwa powoduje, że nie ma silnej presji na porządkowanie tych badań.
Dalej pisze Ciampa o doradztwie w zakresie nieformalnych stosunków międzyludzkich. Brak takiego doradztwa skutkuje nieumiejętnością budowania relacji wewnątrz ekip rządowych. To, że kolejne koalicje "wylatują w powietrze", wynika m.in. z tego, że politycy nie potrafią ze sobą rozmawiać. Powszechnie obowiązuje zasada "albo ty podporządkujesz się mojej woli, albo ja ciebie wdepczę w ziemię; albo mi się podporządkujesz, albo uznam cię za mego wroga." Przy takim podejściu koalicje już w momencie powstawania skazane są na klęskę.
Wreszcie doradztwo odnośnie do sposobów reagowania przez polityka na zdarzenia, w których uczestniczy. Każdy, kto otarł się o wysokie szczeble władzy, wie, że jest to działalność o bardzo dużej stresowości. Jeszcze raz zacytuję Pawła Śpiewaka: "Mój czas aktywności politycznej się skończył. Jestem emocjonalnie skotłowany. Nie mógłbym dłużej pracować na tak wysokiej adrenalinie... polityka też bywa odmóżdżająca!... Polityka jest traktowana jako dziedzina racjonalna, gra czystych interesów. A moje bardzo silne doświadczenie mówi mi, że.. niesłychanie ważna jest też rola namiętności w polityce, emocji, w których jest i lęk, i buta,
żądza władzy." Poruszając się w takim świecie, polityk musi mieć przy sobie ludzi, którzy w tych stresujących sytuacjach potrafią przy nim po prostu być, słuchać, rozmawiać. Inaczej kończy karierę po dwóch latach posłowania.
Pojawiają się w tym miejscu kolejne pytania do dyskusji. jak stworzyć nową profesję doradcy politycznego we wszystkich jej odmianach? jak wykorzystywać potencjał intelektualny i doświadczenie ludzi, którzy funkcjonowali na najwyższych szczeblach władzy?
Co w tym kontekście możemy powiedzieć o samych politykach? Polscy politycy nie przyjmują do wiadomości założenia, że polityka jest ze swej istoty współdziałaniem równorzędnych podmiotów, a nie walką o dominację. Kiedy pojawia się dążenie do dominacji, kończy się polityka. Znane szeroko powiedzenie Clausewitza, że wojna jest przedłużeniem polityki, trzeba skorygować. Wojna jest przedłużeniem złej polityki, albo braku polityki. Kiedy polityka jest dobra, nie ma wojny. To jest - moim zdaniem - jedna z fundamentalnych spraw.
Jest paradoksem, że zdolność koalicyjna - jedna z najważniejszych pozytywnych cech partii w systemie demokratycznym - postrzegana jest w Polsce jako tzw. "obrotowość", a zatem cecha zdecydowanie negatywna. Niezdolność do współdziałania zastępuje się tezą o jednopartyjności jako gwarancji dobrego rządzenia.
Politycy nie przyjmują również do wiadomości założenia, że polityka jest realizacją wielkich interesów, a nie emocjonalnym reagowaniem na cudze poglądy. Gdyby ktoś zadał dzisiaj pytanie, czyje interesy realizuje w tej chwili Platforma Obywatelska, czyje interesy realizuje PiS, to odpowiedź byłaby bardzo trudna. Czytelna z tego punktu widzenia pozycja PSL jest obciążeniem, a nie wzbogaceniem hipoteki. Społeczna wyrazistość partii jest dla wielu cechą obciążającą ją.
Wreszcie zapomina się, że polityka jest przywództwem, a nie dowodzeniem i zarządzaniem. Politycy - tak jak państwa - są różni. Są wielcy i mali, bogaci i biedni, ale we wzajemnych relacjach obowiązuje zasada domniemanej równorzędności. Tymczasem w polskiej polityce obowiązuje zasada podporządkowania. Jeśli nie podporządkujesz się silniejszemu, znaczy, że jesteś jego wrogiem.
Oto dwa kolejne pytania do dyskusji: w jaki sposób zmienić sposób postrzegania polityki przez polityków? co zrobić, żeby polityka miała także wymiar intelektualny? Żeby była nie tylko grą emocji, oskarżeń itp., ale także jedną z odmian intelektualnego dyskursu.
Jak wychodzić z tak zarysowanego kryzysu? Myślę, że sprawą podstawową jest intelektualne jego opanowanie, rozpatrywanie kolejnych katastrof jako zdarzeń seryjnych, a nie jednostkowych. Trzeba zatem wyjść poza poziom bieżącej dyskusji publicystycznej.
Po drugie ktoś musi uruchomić wolę działania na rzecz przezwyciężenia tej fatalnej passy. Ta wola mu-si być właściwością ludzi, instytucji, organizacji itd. zdolnych do odwrócenia biegu wydarzeń. Czy ktoś może to zrobić?
W książce Piotra Wandycza "Cena wolności. Historia Europy Środkowo-Wschodniej od średniowiecza do współczesności" znalazłem interesujące myśli o czterech filarach demokracji. Są to: społeczeństwo obywatelskie, prawo, biurokracja oraz środowiska gospodarcze. Jeśli teza ta jest prawdziwa - a ja myślę, że jest prawdziwa - to naprawa Rzeczpospolitej może być dziełem wszystkich, bądź niektórych z tych czterech środowisk: działaczy społecznych, prawników, urzędników, przedsiębiorców.
Byłoby znakomicie, gdyby wszystkie cztery filary, były jednakowo mocne i ze sobą powiązane. A jeśli nie wszystkie, to przynajmniej niektóre z nich. Pojawia się zatem pytanie o rolę społeczeństwa obywatelskiego zorganizowanego w partiach i organizacjach pozarządowych, o rolę środowisk prawniczych, majach wpływ na proces legislacyjny i egzekucję prawa, o rolę administracji publicznej, wreszcie o rolę zorganizowanych środowisk gospodarczych.
Jeśli z tej perspektywy spojrzeć na programy i zachowania poszczególnych partii, to widać, że jedynie liderzy PiS wiedzą, na jakim fundamencie chcą budować pomyślność Rzeczpospolitej. Tym fundamentem ma być biurokracja państwowa wraz ze służbami specjalnymi (w tym sensie jest to koncepcja bliska tej, która realizuje Władimir Putin). Równocze-śnie Jarosław Kaczyński zakłada, że zorganizowane środowisko gospodarcze nie może być fundamentem, na którym Rzeczpospolita będzie posadowiona. Podobnie postrzega on samorządy terytorialne. A zatem PiS przeciwstawia administrację państwową i służby specjalne środowiskom gospodarczym i samorządom terytorialnym. W tych ostatnich widzi kliki, które koncentrują pieniądz w rekach pojedynczych ludzi.
Co na to inne partie? Kto jest fila-rem naprawy Rzeczypospolitej? A zatem koncepcja naprawy Rzeczpospolitej nie może być przedmiotem zasadniczego sporu. Musi się ograniczać do wzajemnych oskarżeń i piętnowania błędów przeciwnika.
Przedstawiona tu analiza nie aspiruje do ostatecznych rozstrzygnięć. Mam nadzieję, że udało mi się pokazać czynniki niezależne od poszczególnych polityków, które wywierają realny wpływ na jakość polityki uprawianej w Polsce. Dalsze analizy doprowadzą nas - być może - do tego, że polityka stanie się działalnością bardziej intelektualną, niż emocjonalną. Bardziej stabilną i przewidywalną.