Niewątpliwie najgoręcej dyskutowanym tematem w ostatnich tygodniach jest stan naszego państwa. Dobrze, że ma to miejsce w okresie przedwyborczym, kiedy w sposób naturalny wzrasta zainteresowanie tematyką społeczną. Opublikowanie długo oczekiwanego raportu zespołu badającego przyczyny katastrofy smoleńskiej sprawiło, że uwaga opinii publicznej skupiła się na sytuacji w armii, a zwłaszcza na 36 pułku specjalnym, odpowiedzialnym za przewóz najważniejszych osób w państwie. Osobiś
30 lat temu protesty robotników w Polsce rozlały się na cały kraj. W sierpniu 1980 r. w Gdańsku zawarto porozumienie między strajkującymi a stroną rządzącą. Lech Wałęsa i Mieczysław Jagielski, przedstawiciel PZPR podpisali Porozumienia Sierpniowe. We wrześniu powstał Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. Wydarzenia te dały początek procesowi upadku komunizmu w Europie.
– „Widziałem Lecha 31 sierpnia 1980 r., gdy na II Bramce Stoczni Gdańskiej obwieszczał ludziom: Mamy niezależne, samorządne związki zawodowe. – I takim zapamiętam go na zawsze” – tak zakończył książkę o Panu, gdzie opisuje m.in. różne barwy Pana prezydentury, Jarek Kurski. A Pan jak wspomina okres porozumień sierpniowych?
– Nie wspominam tego okresu sam, na ochotnika, gdyż jestem człowiekiem dziś i jutro, a nie przeszłości. Gdy skończyliśmy strajk, dostaliśmy szansę na uzupełnienie komitetów strajkowych. To była szansa, którą błyskawicznie zrozumiałem i wykorzystałem. Stanowiła najważniejszy punkt Sierpnia, niedoceniany. Z tamtym komitetem strajkowym bym nic nie osiągnął, a po uzupełnieniu, udało mi się. Stopniowo podnosiłem wtedy ciężary. Musiałem zachowywać się jak trener w podnoszeniu ciężarów, nie mogłem położyć od razu za dużego ciężaru. Najpierw postulowałem przywrócenie do pracy Walentynowicz, itd. Potem nauczony rokiem 70-tym napisałem 21 postulatów, a nie jak wcześniej kilka tysięcy. Chciałem, by było ich jak najmniej i żeby każdy mógł się pod nimi podpisać. W każdym momencie rzucaliśmy władzy – albo realizujecie nasze postulaty albo protestujemy dalej.
– Timothy Garton Ash nazwał polski przełom 1989 r. – somoograniczającą się rewolucją. Pokazaliśmy, że rewolucja jest walką. Ale również negocjacją i kompromisem.
– Mogłem to zrobić trochę lepiej, ale tylko trochę. Dziękuję Bogu, że poprowadziłem ten bój. Jak potrafiłem, ile miałem sił, ile mądrości, tak walczyłem. Doprowadziłem tą drogą, tymi sposobami, tymi metodami do wolnej Polski. Nikt przede mną tego nie potrafił. A próbowało wielu, i z bronią, i bez broni. To są fakty. Musiałem rozważać wszystkie za i przeciw. Ustawiać się tak, by naród reagował dobrze. Musiałem patrzeć, jak reaguje Związek Radziecki. Nie dać się zaskoczyć. A to niełatwe. I życie i tak często zaskakuje. Jako główny konstruktor musiałem odpowiednio prowadzić walkę. Cały czas wszystko analizować, bo przywódcy muszą to robić bezustannie, dopasować się, gdy sytuacja się zmienia. Wytyczać główne kierunki. Mówią, że działałem w sposób dyktatorski. Prowadziłem tak tę walkę, bo trzeba było wygrać. A nie, żeby mi się taki styl podobał. Z pewnymi typami osób nie można było jednak prowadzić walki w inny sposób.